Moralistyka w zaprzęgu

Tadeusz Witkowski

Nihil novi

Opublikowany 27 września na stronie Ambasady Stanów Zjednoczonych w Warszawie list pięćdziesięciu dyplomatów nie zawierał otwartych ataków na rząd Rzeczypospolitej Polskiej, trudno jednak nie zgodzić się, że był to akt natury propagandowej kwestionujący politykę polskich władz. Uwadze opinii publicznej umknął wszakże jeden ważny aspekt sprawy. W dokumencie tym nie pojawiło się nic nowego. Niemal identycznie brzmiące listy można było znaleźć w ostatnich latach na stronach internetowych paru ambasad, (przede wszystkim brytyjskiej i irlandzkiej). Publikowano je z okazji organizowanych przez środowiska LGBT marszów równości. Pisano w nich o przyrodzonej i niezbywalnej godność każdej jednostki i o konieczności „uświadamiania opinii publicznej w kwestii problemów, jakie dotykają społeczność gejów, lesbijek, osób biseksualnych, transpłciowych i interpłciowych (LGBTI) oraz innych mniejszości w Polsce”. Wzywano do wspólnej pracy „na rzecz niedyskryminacji, tolerancji i wzajemnej akceptacji” tudzież pouczano Polaków, że „prawa człowieka są uniwersalne i wszyscy, w tym osoby LGBTI, mają prawo w pełni z nich korzystać”.

Nowością była w tym roku krytyczna reakcja władz polskich, które do tej pory bagatelizowały sprawę sądząc najwidoczniej, iż udział przedstawicieli obcej dyplomacji w dorocznych marszach jest kwestią ich preferencji seksualnych i prywatnych fascynacji. W tym roku wszakże parada równości nie odbyła się z uwagi na Covid–19 i mimo to opublikowano podobny dokument. A że w sezonie letnim tego roku akcje środowisk LGBT przybrały szczególnie agresywną formę i doszło do prowokacji takich jak pobicie kierowcy furgonetki należącej do fundacji „Pro-Prawo do Życia”, profanowanie symboli religijnych tudzież rozpowszechnianie fałszywych informacji o strefach wolnych od LGBT, polskie władze doszły najwidoczniej do wniosku, że wreszcie należy zabrać głos. Czynnikiem stymulującym były przy tym, jak się wydaje, zmiany na krajowej scenie politycznej i pojawienie się w Sejmie po wyborach 2019 roku nowego, radykalnego ugrupowania, Konfederacji Wolność i Niepodległość.

Po złej stronie historii

Na list zareagowało krytycznie kilku polskich polityków włącznie z Mateuszem Morawieckim, który przywołał sygnatariuszy do porządku zalecając im zapoznanie się z materiałem ilustrującym dezinformowanie opinii publicznej przez działaczy lewicy (chodziło o fakt przymocowywania pod znakami zawierającymi nazwy miejscowości tablic z napisem „Strefa wolna od LGBT” przez Bartosza Staszewskiego). Mówiąc o tolerancji premier zapewnił dyplomatów, że należy ona do polskiego DNA. Głos w sprawie zabrał między innymi również były szef MSZ, europoseł Witold Waszczykowski. Przypomniał on podpisanym pod listem ambasadorom, iż Konwencja Wiedeńska z 1961 zakazuje dyplomatom ingerowania w wewnętrzne życie polityczne w kraju urzędowania.

W wywiadzie udzielonym Wirtualnej Polsce ambasador Stanów Zjednoczonych, Georgette Mosbacher, próbowała przekonać swojego rozmówcę, że w podpisanym przez nią liście nie chodziło o politykę ani ideologię, lecz o respektowanie praw ludzkich, które nie muszą mieć wykładni w szczegółach legislacyjnych. Zaznaczyła przy tym, iż Polska posiada opinię kraju nieprzyjaznego mniejszościom seksualnym. „W kwestii LGBT — oświadczyła — jesteście po złej stronie historii”. W praktyce znaczyło to tyle, że Polacy nie idą ramię w ramię z postępem, który tak czy inaczej musi zwyciężyć. Szkoda, że prowadzący rozmowę red. Marcin Makowski nie przypomniał jej w tym miejscu, iż podobnie rozumowali marksiści, którzy na szczęście w krajach rządzonych przez siebie ponieśli już klęskę. Według Marksa historia nieuchronnie zmierzała do celu, którym miało być społeczeństwo bezklasowe. W imię realizacji tego celu popełniano zbrodnie, o jakich nie śniło się obywatelom wolnego świata.

Jak można było oczekiwać, sprawa zatoczyła większe koło. Natychmiast nagłośniła ją w sposób wyraźnie manipulatorski niemiecka stacja Deutsche Welle. 29 września w angielskojęzycznym programie telewizyjnym „The Day” poświęcono jej około siedmiu minut. Prowadzący program Brent Goff zaczął od stwierdzenia, że „nie łatwo być gejem lub lesbijką w Polsce”. Nawiązał następnie do ostatniej kampanii prezydenckiej przeinaczając przy okazji słowa Andrzeja Dudy. Według niego prezydent miał powiedzieć, że środowisko gejów i lesbijek odegrało w Polsce bardziej destrukcyjną rolę niż komunizm (dosłownie: gays and lesbians […] were more destructive to Poland than communism was, gdy faktycznie chodziło o promowaną przez środowiska LGBT ideologię gender). Według Goffa to właśnie mogło spowodować, iż „setki” samorządów lokalnych ogłosiły, że ich miejscowość jest „strefą wolną od ideologii gejów”. Wszystko to — podkreślił niemiecki redaktor — ma miejsce w kraju, którego znakiem stały się nieludzkie doświadczenia Holocaustu i Auschwitz (dosłownie: in the country forever marked by the inhumanity of the Holocaust and Auschwitz). O tym, że za Holocaust odpowiedzialność ponoszą Niemcy, nie wspomniał ani słowem. Stwierdził tylko, iż to, co się w Polsce dzieje, nie umknęło uwadze środowisk dyplomatycznych i nawiązał do listu 50 ambasadorów. Po odtworzeniu fragmentu Wiadomości TVP z wypowiedzią premiera Morawieckiego, stacja DW poprosiła o komentarz ambasadora Belgii, który w tym roku koordynował zbieranie podpisów pod listem.

Luc Jakobs zdawał się być wyraźnie zakłopotany. Skupił się przede wszystkim na kontekście historycznym, w jakim doszło do kolekcjonowania podpisów, nie na bieżących kwestiach. Okazało się, że z inicjatywą wsparcia dla polskich środowisk LGBTI dyplomaci z różnych krajów wystąpili już w roku 2012 (gdy władze w Polsce sprawowała koalicja PO–PSL) a pierwszy list takiej samej treści opublikowano w roku 2013. Od tamtej pory, poszczególne ambasady koordynowały zbieranie podpisów tudzież „ dialog” z przedstawicielami tychże środowisk i uczestniczyły w dorocznych marszach równości. Tu wszakże wypadałoby zapytać o rzeczywiste przyczyny bierności polskich władz w latach poprzedzających tegoroczne wydarzenia.

Otóż pod listem podpisały się osoby pochodzące z krajów, w których konfliktowe kwestie związane z roszczeniami środowisk LGBT (na przykład prawo do zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci) uregulowane zostały na gruncie takich samych przepisów, jakie obowiązują w Polsce. Luc Jakobs mówił wszakże o jakiejś „wspólnocie dyplomatycznej” (diplomatic community), która faktycznie stoi za rzeczonymi listami poparcia. Nie pojmuję, dlaczego polskie MSZ nie odważyło się w związku z tym odesłać sygnatariuszy listu na konsultacje do krajów, z których przybyli, a ich mocodawców nie zapytać, kogo właściwie ambasadorowie ich państw reprezentują.

W cieniu podejrzenia

Sprawa jest niezwykle delikatna, gdyż przedstawiciele obcych państw weszli na grząski grunt preferencji seksualnych. Nie znaczy to wszakże, iż należy traktować ją jak temat tabu. O spornych kwestiach warto rozmawiać.

W istocie rzeczy, w opublikowanym dokumencie nie ograniczono się wyłącznie do kwestii związanych z ruchem określanym przez polskie media jako LGBT. Mówi się w nim o LGBTI. Litera „I” dorzucona do akronimu oznacza osoby interpłciowe (intersex). W praktyce obejmuje to przypadki, w których ktoś posiada fizyczne cechy z anatomicznego punktu widzenia nie dające się przyporządkować pojęciom męskości i kobiecości. Może też chodzić o ukryte cechy genetyczne. Dziś już wiadomo, że w mozaice genów tej samej osoby mogą pojawić się chromosomy typowo żeńskie (XX) i typowo męskie (XY). Może również wystąpić tzw. zespół Klinefeltera (Klinefelter syndrome) z jednym lub dwoma dodatkowymi chromosomami X (XXY lub XXXY), co najczęściej przekłada się na wygląd osoby zdawałoby się płci męskiej, ale posiadającej cechy typowo kobiece, takie jak biust i brak zarostu.

Procent przypadków tego rodzaju jest niezwykle mały i dostępne dane statystyczne nie pozwalają wyciągać daleko idących wniosków. Z danych zgromadzonych przez działającą w latach 1993–2008 organizację The Intersex Society of North America (ISNA) wynika, iż niektóre dostrzeżone po urodzeniu człowieka anomalie wystąpiły w skali jeden na wiele tysięcy przypadków (https://isna.org/faq/frequency/). Jeśli idzie na przykład o wspomniany zespół Klinefeltera, miejsce miał jeden przypadek na tysiąc urodzeń. Sumując wyniki badań stwierdzono, iż na każdy tysiąc urodzeń tylko w jednym przypadku dziecko posiadało cechy różniące się od standardowo męskich i żeńskich. Można tu oczywiście mówić co najwyżej o danych przybliżonych, bo przecież nie zawsze dochodzi do rozpoznania cech nietypowych w momencie urodzin.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie kwestionuje dziś możliwości pojawiania się tego rodzaju przypadków. Rzecz w tym, iż dla mniejszości seksualnych stały się one podstawą konfliktowych uogólnień. Dziś do akronimu LGBT dorzuca się nie tylko literę „I”. Doszło parę innych symbolicznych oznakowań, wśród nich litery litery „Q” i „A” oznaczające queer (questioning) i allied (asexual — aromantic — agender). Trwają badania nad „genetyczną architekturą” zachowań osób przyznających się do uprawiania seksu z partnerami tej samej płci. Trwa „polowanie” na geny, które mogą mieć wpływ na orientację seksualną. Przeprowadza się eksperymenty ze zwierzętami (np. z myszami) i szuka podobieństw z zachowaniem ludzi.

3 września 2019 roku magazyn „Science” opublikował artykuł relacjonujący wyniki badań prowadzonych na uniwersytecie Harvarda i w MIT (https://science.sciencemag.org/content/365/6456/eaat7693). Z analizy DNA przeprowadzonej w grupach gejów i lesbijek ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii miało wynikać, iż geny wywarły wpływ na zachowania osób uprawiających seks z partnerami tej samej płci w przypadkach od 8 do 25% badanych Skala rozrzutu podanych wyników i związany z nimi margines wątpliwości są więc ogromne. Podobne wątpliwości może nasuwać twierdzenie że od 2 do 10% osób w różnych kulturach uważa siebie samych za gejów lub lesbijki.

Uczestnicy tych i innych badań nigdy jak dotąd nie zakwestionowali faktu, że na preferencje seksualne mają również wpływ czynniki socjologiczne. Niemniej w literaturze przedmiotu, na którą chętnie powołują się środowiska LGBT, często przewija się teza, że tradycyjny podział na to, co męskie i to, co żeńskie, jest nieaktualny. Mówią więc o kontinuum wyłaniającym się z informacji genetycznej osoby. Co więcej, usiłują owe rozumowanie zaszczepić politykom i wyborcom nie zważając, iż uderza ono w wyznawane przez większość wartości. Czynią to na ogół w sposób agresywny, urządzając prowokacyjne happeningi, które człowieka o odmiennej wrażliwości muszą napawać obrzydzeniem. Nic dziwnego, że osoby przywiązane do tradycji traktują to jak uderzenie w rodzinę i w podstawy cywilizacji judeochrześcijańskiej.

Właśnie na tym konflikcie żerują dziś różne ugrupowania polityczne atakujące konserwatywne władze, przy czym w akcje poparcia środowisk LGBT angażują się nawet księża katoliccy, jak miało to choćby miejsce w przypadku poręczenia za Michała Szutowicza aresztowanego w związku z atakiem na kierowcę furgonetki nagłośniającej hasła fundacji „Pro-Prawo do Życia”. Tym przedstawicielom polskiego duchowieństwa chciałbym przypomnieć słowa pewnego klasyka literatury politycznej. Max Weber napisał w jednym ze swoich wykładów:

Jeśli ktoś szuka zbawienia duszy i ratunku dla innych dusz, nie robi tego na drodze polityki, która ma zupełnie inne zadania: jej zadania dają się rozwiązywać tylko przy użyciu przemocy. Geniusz czy demon polityki żyje z bogiem miłości, także z Bogiem chrześcijańskim w jego kościelnej postaci, w wewnętrznym napięciu, które w każdej chwili może eksplodować jak konflikt nie do rozstrzygnięcia.


Poza granicami poprawności

Sięgam po słowa łatwo rozpoznawalne w czasach, kiedy po ulicach polskich miast krążyły zaprzęgi konne. Chomąto zwane również jarzmem to część uprzęży w kształcie wieńca, który kiedyś zakładano na szyję pociągowego konia. Żyjemy w czasach technologicznego i obyczajowego postępu, ale mechanizmy politycznie niewiele się zmieniły od czasów, gdy zaczęto wprowadzać zasady demokracji. Zawsze zjawiają się chętni do odgrywania roli siły pociągowej i jakiś Alfa kierujący pojazdem. Jedną z przypadłości polskich środowisk LGBTI jest to, że lejce trzyma ktoś spoza Polski, a miejscowi przedstawiciele neomarksizmu nie potrafią udźwignąć ładunku. Wołanie o pomoc kierowane do wpływowych polityków Unii Europejskiej stawia automatycznie polską lewicę w roli przegranej orędowniczki obcej sprawy.

Listy poparcia środowisk dyplomatycznych wpisują się po prostu w ten mechanizm i ośmieszają sygnatariuszy pouczających Polaków. Choćby dlatego, że w przeciwieństwie do krajów, które wielu z nich reprezentuje, w niepodległej Polsce homoseksualizm nigdy nie podlegał penalizacji, a o problemach związanych z inerpłciowością mówiono długo przedtem zanim zaczęły obowiązywać reguły poprawności politycznej. Miało to miejsce nawet w czasach, gdy nikt nie słyszał o państwach takich jak Albania, Argentyna, Australia, Belgia, Czarnogóra, Dominikana, Islandia, Kanada, Łotwa, Macedonia Północna, Meksyk, Nowa Zelandia, Południowa Afryka, Serbia, Słowenia, Stany Zjednoczone Ameryki, Ukraina, czy Wenezuela. Dlatego wszystkim uczestnikom debat o problemach mniejszości seksualnych, którzy dziś pozwalają nałożyć sobie na szyję jarzmo poprawności (włącznie z sygnatariuszami wspomnianych listów) chciałbym zadedykować coś, co zostało zapisane w języku polskim na przełomie XVI i XVII wieku.

Szlachcic wyznania kalwińskiego Daniel Naborowski (1573–1640), dyplomata i znakomity poeta związany z dworem Radziwiłłów, był z wykształcenia lekarzem i prawnikiem (po studiach na uczelniach w Wittenberdze, Bazylei, Orleanie, Strasburgu i Padwie). Najwidoczniej jego zainteresowania medycyną sprawiły, że napisał m.in. fraszkę pod tytułem „Do jednego hermafrodyty”. Jej tytułowy bohater to najwyraźniej ktoś, kto dziś byłby uznany za „osobę interpłciową”.

Utwór ów wymaga krótkiego objaśnienia, zawiera bowiem dwa niecenzuralne słowa, z których jedno uległo leksykalizacji a drugie całkowicie wyszło z użycia. Funkcjonujące w dzisiejszym języku słowo „kiep” kilka wieków temu odsyłało w dużo mniejszym stopniu do człowieka głupawego, w dużo większym — do zniewieściałego mężczyzny lub po prosu — do narządu rozrodczego kobiety. „Pyje” to wulgaryzm, który historycy literatury starej daty objaśniają przy pomocy łacińskiego terminu pudentum virile — wstydliwy organ męski. Czytelników, którzy byliby gotowi obrazić się, uprzedzam, że w przesłaniu poniższym nie zawarłem żadnych personalnych aluzji:

Nie wiem, hermafrodytą przecz cię ludzie zową,
Jakobyś i mężczyzną był, i białogłową.
Ja z ciebie tych dwóch natur nie mogę wyłatać,
Chyba żebyś się miał dać na dwoje rozpłatać.
Atoli jednak powiem o tym zdanie moje:
Kiep-eś a pyje nosisz, otoż masz oboje.


Autor jest emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i b. wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983. Po uzyskaniu w 2005 r. statusu pokrzywdzonego prowadził badania w archiwach IPN. W latach 2007–2008 był pracownikiem SKW i członkiem Komisji Weryfikacyjnej d.s. WSI. W roku 2013 odznaczony został Krzyżem Wolności i Solidarności. W 2016 r. na stronie internetowej MON-u redagował dwujęzyczną zakładkę poświęconą warszawskiemu Szczytowi NATO. W roku 2017 Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych przyznał mu status działacza opozycji antykomunistycznej i osoby represjonowanej z powodów politycznych.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *