Polska wojna o wszystko

Tadeusz Witkowski

Decydujące uderzenie

W książce „Rok 1920” zawierającej analityczne uwagi o przebiegu działań zbrojnych z okresu wojny bolszewickiej i o decyzjach podejmowanych na szczeblu dowodzenia po obu stronach konfliktu Józef Piłsudski przypomina w pewnym miejscu banalną, zdawałoby się, prawdę. Głosi ona, „że być silnym, to znaczy być silnym tam, gdzie walka się decyduje. Zasada, powtarzana tak często przez wszystkich — pisze pierwszy marszałek Polski — tak rzadko jednak jest urzeczywistniana w pracy wodzów, gdyż pomimo swej prostoty ma swe duże trudności przeważnie natury psychicznej. Na wojnie, jak słusznie mówi jej wielki znawca, Napoleon, ‹‹Le simple est plus difficile››. Komplikuje tę prostotę zwykle słabość duszy wodzów, dająca w rezultacie chęć, by być silnym wszędzie, co będąc ideałem nieziszczalnym, w skutkach daje odwrotną rzecz — wszędzie słabość.”

Wygląda na to, że Jarosław Kaczyński przemyślał tę zasadę i wyciągnął z niej praktyczne wnioski. Jego przeciwnicy z totalnej opozycji (angażujący się przez cztery lata w nieustanne zmagania na wszystkich odcinkach frontu) ponieśli w wyborach do Sejmu kolejną porażkę. Podczas kampanii wyborczej Zjednoczona Prawica rzuciła główne siły na front socjalny: mówiła o państwie dobrobytu, o rozbudowie bazy materialnej, o podwyższeniu rent i płacy minimalnej, o dalszym rozwijaniu polityki prorodzinnej… A że w ciągu minionych czterech lat, dała dowód, że jest ugrupowaniem wiarygodnym, przyniosło to powiększenie sprzyjającego elektoratu o ponad dwa miliony głosów i mimo częściowego rozdrobnienia po prawej stronie sceny politycznej (11 mandatów zdobytych przez Konfederację Wolność i Niepodległość) uzyskała przy wyniku 43,59% głosów samodzielną większość (235 mandatów). Przy ponownym wyborze Andrzeja Dudy na Prezydenta RP pozwoli jej to bez poważniejszych przeszkód kontynuować zapoczątkowany proces reform. Fakt, że do zapewnienia bezwzględnej większości w Senacie zabrakło jej trzech głosów nie ma tu większego znaczenia. Wśród osób wybranych znalazła się czwórka senatorów niezależnych i trójka z listy PSL, margines negocjacji i porozumienia w istotnych sprawach pozostaje więc wystarczająco duży. Poza tym o przyjęciu tzw. paktu senackiego, czyli o wystawianiu w poszczególnych okręgach tylko po jednym kandydacie całej opozycji, nie zadecydowały względy programowe, lecz czysto doraźna, wyborcza pragmatyka, która nie ma w sobie siły trwałego spoiwa. Nawet w najbardziej sprzyjających dla siebie warunkach opozycja będzie mogła co najwyżej spowolnić proces legislacyjny tudzież zamienić izbę wyższą w miejsce awantur, których wynik jest z góry przesądzony. Prawo całkowitego zawetowania ustaw posiada wyłącznie prezydent.

Pochwała „praktycznego rozumu”

Określenie użyte w powyższym śródtytule kojarzy się z reguły z „niebem gwiaździstym” i „prawem moralnym” tudzież z imperatywem kategorycznym Kanta, toteż wyjaśniam od razu, iż wcale nie zamierzam ferować własnych ocen natury etycznej. Chcę jedynie podkreślić, iż imponderabilia i względy moralne nie są dla wyborców PiS bez znaczenia, a dla twardego elektoratu prawicy (zarówno tej zjednoczonej jak i osób popierających Konfederację Wolność i Niepodległość) pozostają sprawą fundamentalną. Sytuacja materialna wielu wyborców jest na tyle stabilna, że nie muszą troszczyć się o „socjał”, „500 plus” i o reformy gospodarcze. Głosują po prostu zgodnie z sumieniem i wyznawanym systemem wartości. Taki jest choćby status przedstawicieli Polonii amerykańskiej, którzy zachowali obywatelstwo polskie i oddali głosy na listę PiS (52,75%).

Krótko mówiąc, jest rzeczą oczywistą, iż decyzje i wybory polityczne nie mogą nie odzwierciedlać różnic światopoglądowych, bo te bywają często ich źródłem. A że ostatnie lata przyniosły wyraźne pogłębienie wynikających z owych różnic podziałów społecznych (o czym świadczy choćby intensywna mobilizacja elektoratu i nadspodziewanie wysoka frekwencja wyborcza — 61,74%), musiało to również zaważyć na wynikach głosowania. Rzecz sprowadza się do tego, iż przeciwnikami partii rządzącej były tym razem nie tylko środowiska, które przed czterema laty utraciły władzę i do tej pory nigdy się z tym faktem nie pogodziły, ale też przeróżne ugrupowania, cieszące się poparciem coraz bardziej wpływowych, lewicowych ruchów funkcjonujących w demokracjach zachodnich.

Za dzisiejsze podziały wśród Polaków opozycja wini zwykle prezesa PiS zarzucając mu rozniecanie nienawiści społecznej. Rozumowanie tego typu jest pozbawione sensownych podstaw z tego choćby względu, że to środowiska opozycyjne bywają z reguły stroną atakującą i gdyby szukać już genezy dzisiejszej „wojny domowej” w Polsce, trzeba by wziąć również pod uwagę brutalne ataki na Lecha Kaczyńskiego z okresu jego prezydentury i sposób, w jaki po katastrofie smoleńskiej traktowano Polaków uczestniczących w miesięcznicach, które miały na celu upamiętnienie tego tragicznego wydarzenia.

W jednym z sondaży przedwyborczych zapytano respondentów o przyzwolenie na mowę nienawiści i obrażanie innych ludzi. Z odpowiedzi wynikało, iż w odczuciu 39% Polaków jest ono większe za obecnej władzy, a tylko 23% obwiniało o to rządy PO-PSL. Nie jest to w sumie zła wiadomość dla rządzących (choć tak niektórzy ów sondaż zinterpretowali), jako że o tym, iż więcej osób może dziś dawać upust uczuciom niechęci czy też nienawiści, decyduje z reguły społeczny gniew, wyzwalany działaniem strony inicjującej ataki. Moralna przewaga dzisiejszej władzy nad opozycją nie polega na tym, że w jej szeregach są wyłącznie ludzie czyści, nieskorumpowani i nieskompromitowani, lecz na tym, że na korupcję we własnych szeregach, czy też na zachowania moralnie naganne potrafi zareagować odwołaniem wysokiego rangą urzędnika (jak miało to miejsce choćby w przypadku niedawnej „afery hejterskiej” w Ministerstwie Sprawiedliwości).

Nie da się, niestety, powiedzieć tego samego o przeciwnikach. Za ewidentne przykłady mogą tu posłużyć portal „SokzBuraka” (promujący antyrządowy „hejt” ) i Klaudia Jachira, która na spotkaniu przedwyborczym przywitała przybyłe osoby słowami „W imię ojca, i syna i brata-bliźniaka” i pozwoliła sobie na kpiny z ofiar katastrofy smoleńskiej. Ze śledztwa dziennikarzy tygodnika „Sieci” Marka Pyzy i Marcina Wikły płynie jednoznaczny wniosek, że za pierwszym stali ludzie Platformy Obywatelskiej, a p. Jachira, mimo zastrzeżeń co poniektórych kolegów z PO, została kandydatką partii (i w rezultacie posłanką) na Sejm RP. Wygląda na to, że środowiskowa hipokryzja stała się w obu przypadkach obowiązującą normą.

Frontowy pejzaż

Antyrządowy przekaz zawiera w sobie szerokie spektrum agresywnych zachowań i retorykę, którą niekiedy trudno nazwać po imieniu bez narażania się na brutalne ataki. Pomijam w tej chwili świadomie to, co dzieje się na prawo od PiS i przeróżne „centro-lewicowe odchylenia”, takie jak inicjatywy dotyczące praw zwierząt, wegetarianizmu czy weganizmu, jako że zasługują one (mam na myśli przede wszystkim grupę tych ostatnich) co najwyżej na żartobliwe komentarze. Idzie mi o zjawisko o wiele bardziej groźne, lokujące się między frustracją odchodzących elit, ambicjami środowisk promujących odmienną orientację seksualną i działalnością opozycyjnych europosłów.

Jest rzeczą zrozumiałą, że frustracja może wynikać z poczucia bezsilności przeciwników władzy. Pogardliwe wypowiedzi o zwolennikach PiS-u, serwowane czasami przez lewackich profesorów, aktorów, piosenkarzy czy pisarzy świadczą, co prawda, częściej o nadawcach niż o przedmiocie przekazu i doraźnie mogą nawet przynieść korzyści obozowi sprawującemu władzę. Skądinąd wiadomo przecież, że urojenia wielkościowe to przypadłość świadcząca o zaburzeniach osobowości. Gdy więc wykładowca filozofii próbuje przekonać swoich czytelników, że wyborcy PiS, to „ograniczone umysłowo prymitywy”, a aktor twierdzi, iż najwidoczniej są nimi „potomkowie chłopów folwarcznych”, przysparza to tylko głosów Zjednoczonej Prawicy. Problem w tym jednak, iż retoryka taka idzie w parze z bezpodstawnymi oskarżeniami o łamanie zasad demokracji, o niszczenie niezależnego sądownictwa, tudzież o zapędy autorytarne rządzących. W unijnej perspektywie narracja taka przynosi Polsce wyłącznie szkody.

Drugi kraniec to działalność środowisk LGBT. Gdyby ktoś w związku z ich aktywnością polityczną spróbował na przykład zrymować słowo „frustracja” z wyrazem „dewiacja”, natychmiast zostałby uznany za homofoba i przeciwnika tolerancji. Jednym ze źródeł nieporozumienia jest tu zapewne mylenie tolerancji z afirmacją, o czym podczas kampanii wyborczej przypomniał prezes PiS. W moim odczuciu konflikt ma jednak również swój aspekt estetyczny.

Witold Gombrowicz, któremu trudno byłoby przypisać sympatie pro-prawicowe, napisał przeszło pół wieku temu, że jest „łatwiej znienawidzić kogoś za dłubanie w nosie, niż pokochać za stworzenie symfonii”. Proszę sobie wyobrazić paradę osób dłubiących w nosie i wznoszących okrzyki „precz z faszyzmem!”. Widz mógłby co najwyżej mieć poczucie, że znalazł się w teatrze absurdu. Marsze LGBT to coś znacznie bardziej groźnego i prowokującego.

W 34/2019 numerze tygodnika „Sieci” profesor Aleksander Nalaskowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu opublikował felieton, w którym znalazło się określenie „laufry tęczowej zarazy” i takie oto zdania odnoszące się do uczestników parad równości: „Podrygują tanecznie, niosąc tęczowe orły, tęczową Matkę Boską i tęczą upstrzone cytaty z Ewangelii. My w tym czasie jesteśmy zepchnięci na chodniki i trawniki. Ich policja pilnuje, a nas filmuje. […] mają przywileje, których nikt z nas nie ma. Mogą lżyć nasz Kościół, drwić z nas bezkarnie zza muru policyjnych tarcz, oczekiwać darmowej ochrony policyjnych legionów, która wszak nie jest za darmo. Ich kulawa tęcza jest traktowana jako jakaś druga strona, inny światopogląd. […] A my możemy sobie tylko pokrzyczeć gdzieś w zaułkach…” Bo centra są zdaniem profesora zarezerwowane dla „zniewieściałych gogusiów, wesołków na utrzymaniu mamusi, facecików chcących się wiecznie bawić i dla obleśnych, grubych, wytatuowanych bab, które ostentacyjnie się całują jak na wyuzdanych filmach, i dla osobników, którym trudno przypisać jakąś płeć”. A że autor artykułu dając wyraz odczuciom bliskim zdecydowanej większości konserwatywnie nastawionych rodaków wzywał przy tym do oporu, został przez rektora zawieszony na trzy miesiące w wykonywaniu obowiązków wykładowcy. Na szczęście, fala gniewu społecznego i reakcja kilku przedstawicieli Kościoła zmusiły władze uczelni do wycofania się z tej decyzji.
Nawiązuję do rzeczonej sprawy by pokazać, co w praktyce znaczy dziś termin „totalna opozycja”, choć zapewne wśród przeciwników elit rządowych można by znaleźć osoby zbulwersowane tym, co dzieje się w ich własnych szeregach.

Na probostwie w Brukseli

Charakteryzując strategię przywódcy Zjednoczonej Prawicy, przywołałem na wstępie wypowiedź Józefa Piłsudskiego dotyczącą wojny 1920 roku, nie od rzeczy więc będzie sięgnąć na zakończenie po komentarz, który wyszedł spod pióra znanego pisarza tuż po zwycięstwie nad bolszewikami. Powód ten sam. To, co dzieje się dziś w Polsce, jest nie do końca wojną domową. Mamy otwartą wojnę polityczną z różnymi odmianami ruchów lewicowych, które używają metod przypominających agresywne działania międzynarodowego komunizmu sprzed stu lat i są wspierane przez siły spoza Polski.

Gdy w maju ubiegłego roku w Komisji Europejskiej zaczęto przebąkiwać o powiązaniu funduszy unijnych z przestrzeganiem praworządności w poszczególnych krajach członkowskich, nasza rodzima opozycja natychmiast ów temat podchwyciła. 24 września br. podjął go m.in w czasie wizyty w Brukseli sam szef Platformy Obywatelskiej, Grzegorz Schetyna, zapowiadając że będzie on poruszany w rozmowach z przyszłą wiceszefową KE, Verą Jourovą. A że nie ma, jak na razie, ani obiektywnych wskaźników stanu praworządności, ani podstaw prawnych do jej mierzenia, można się spodziewać, że „totalni”, i ich unijni poplecznicy, będą forsować własną, wygodną dla siebie interpretację rzeczonej kwestii nie zważając na szkody, jakie może to przynieść Polsce. Pozwalam sobie w związku z tym sięgnąć po wspomnianą wypowiedź pisarza, który potrafił otwarcie krytykować polskie władze i swoich rodaków, ale dobrze rozumiał, jakie znaczenie mają narodowe imponderabilia.

W reportażu zatytułowanym „Na probostwie w Wyszkowie” Stefan Żeromski pisze o wyprawie śladami cofającej się Armii Czerwonej. Jako korespondent wojenny znalazł się wówczas pewnego sierpniowego dnia w towarzystwie trzech innych korespondentów i dwójki kierowców na plebanii w Wyszkowie, gdzie kilka dni wcześniej kwaterowali trzej członkowie Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski, Julian Marchlewski, Feliks Kon oraz Feliks Dzierżyński. Tak jak wojsko bolszewickie, niedoszli władcy Polski zostali w końcu zmuszeni do ucieczki.
Nasi korespondenci zastali na probostwie dwóch innych gości, generała Józefa Hallera i członka Misji Międzysojuszniczej do Polski, Jean Jules Jusseranda, mogli więc wspólnie z nimi wysłuchać relacji księdza kanonika Mieczkowskiego „o pobycie w jego domu w ciągu ubiegłego tygodnia «rządu polskiego» z ramienia Rosyjskiej Republiki Rad”.

Członkowie Komitetu Rewolucyjnego byli dość typowymi działaczami ówczesnych ruchów spod znaku Marksa i Lenina. Część życia spędzili w carskich więzieniach, na katorgach i zesłaniach. Usta mieli pełne frazesów o potrzebie sprawiedliwości i równości. Wygląda też na to, że święcie wierzyli w słuszność sprawy, której zdecydowali się służyć. Spodziewali się, że polscy robotnicy i bezrolni chłopi staną po stronie armii, która miała przynieść im wyzwolenie spod ucisku kapitalistów i obszarników. Tylko Dzierżyński jako szef osławionej sowieckiej Czeki zasłużył sobie na miano „czerwonego kata”. Kon miał bardziej pozytywne zasługi, a Marchlewski (osoba solidnie wykształcona i posiadająca doktorat szwajcarski) przysłużył się w sposób niekwestionowany polskiej kulturze. Był przecież znanym Żeromskiemu osobiście wydawcą książek. To on wydał mu po polsku i po niemiecku powieść „Popioły”.

A jednak polski lud, gdy przyszło wybierać, stanął przeciwko przychodzącej z zewnątrz obcej armii. „O, Polacy! — pisze w chwili zadumy nad owym fenomenem Żeromski — Niech wasze ręce składają się do modlitwy, albowiem ci bezrolni i bezdomni Polskę wybrali. To nic, że tam i sam ten i ów poszedł z rozpaczy za wrogiem. Cały bowiem lud polski poszedł w bój za ojczyznę. Opasali się pasem żołnierskim nędzarze, którzy na własność w ojczyźnie mają tylko grób, i z męstwem, na którego widok oniemiał z zachwytu świat, uderzyli w wojska najeźdźców.”

Według relacji księdza Mieczkowskiego Julian Marchlewski miał przed wyjazdem powtarzać „melancholijnie: «Miałeś, chłopie, złoty róg, / Miałeś, chłopie, czapkę z piór… / Został ci się ino sznur»…”
„ Jak w wielu innych rzeczach — puentuje swoje rozważania autor „Popiołów” — tak i tutaj, niedoszły władca mylił się zasadniczo. Złotego rogu Polski, wcale w ręku nie trzymał. Czapka krakowska również mu nie przystoi. Jeżeli jaki strój, to już chyba okrągła, aksamitna czapeczka moskiewska, […]. Nawet do biednego sznura od polskiego złotego rogu nie ma prawa ten najeźdźca. Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, stratował, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła.”

Cóż! W sto lat po wojnie bolszewickiej, którą niektórzy nazywają wojną o wszystko, mamy inne realia i nowe zasady rozwiązywania konfliktów politycznych. Z polskich placów zniknęły pomniki wznoszone w czasach komunizmu na cześć członków Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski. Zmieniono również nazwy ulic noszących ich nazwiska. Ruch eurokomunistyczny też stroi się dziś w inne szaty, ale jego działacze ulegają tym samym pokusom i powoduje nimi ten sam pociąg do sprawowania władzy tudzież zawierania sojuszy kosztem własnych narodów. Dlatego też gorąco polecam przywołany „raport” Żeromskiego wszystkim politykom. Bez względu na to, jaką opcję reprezentują i jaką funkcję pełnią.

Autor jest emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i b. wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983. Po uzyskaniu w 2005 r. statusu pokrzywdzonego prowadził badania w archiwach IPN. W latach 2007–2008 był pracownikiem SKW i członkiem Komisji Weryfikacyjnej d.s. WSI. W 2016 r. na stronie internetowej MON-u redagował dwujęzyczną zakładkę poświęconą warszawskiemu Szczytowi NATO.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *