PGSM Annual Polish Genealogical Research Seminar

PRESENTATIONS: Help I’m Stuck! – How to deal with corrupted Polish/American names & Locality
spellings and finding their town in Poland.
Hamburg Passenger Lists and Police Records – There is more to Hamburg records than meets the eye. How to find your ancestors in Poland, using records of other people who emigrated at a different time.
Gazetteers, Websites and Maps – Records are catalogued by the locality that created them. Since there are many villages belonging to a parish, it is essential to use gazetteers to find the parish for a given village name. This presentation covers not only the online Meyers gazetteer of the German Empire, which is modern Poland, but also other online gazetteers, maps and resources.
Where Are We Heading? Family History Centers, Public Libraries, Historical Societies and the New FamilySearch Site – An orientation on the LDS Family History Department, including changes that affect us. The remaining time will be for questions and answers.

Polish Genealogical Society of Michigan

Annual Polish Genealogical Research Seminar

October 17, 2009 American Polish Cultural Center – Hall #2

2975 E. Maple Rd. (15 Mile Rd) Troy, Michigan 48083

Speaker: Stephen Barthel

Accredited genealogist since 1981; formerly with the Family History Library in Salt Lake City

PRESENTATIONS:

Help I’m Stuck! – How to deal with corrupted Polish/American names & Locality spellings and finding their town in Poland.

Hamburg Passenger Lists and Police Records – There is more to Hamburg records than meets the eye. How to find your ancestors in Poland, using records of other people who emigrated at a different time.

Gazetteers, Websites and Maps – Records are catalogued by the locality that created them. Since there are many villages belonging to a parish, it is essential to use gazetteers to find the parish for a given village name. This presentation covers not only the online Meyers gazetteer of the German Empire, which is modern Poland, but also other online gazetteers, maps and resources.

Where Are We Heading? Family History Centers, Public Libraries, Historical Societies and the New FamilySearch Site – An orientation on the LDS Family History Department, including changes that affect us. The remaining time will be for questions and answers.

Polish Genealogical Society of Michigan (PGSM), c/o Burton Historical Collection, Detroit Public Library, 5201 Woodward, Detroit, Michigan 48202- 4007

See website for details: www.pgsm.org

Hazard polski

Hazard polski
„Kręcenie lodów” – to określenie, jakby wprost wyjęte z poradnika cukierniczego, zrobiło w Polsce furorę, kiedy posłanka Platformy Obywatelskiej użyła go przed dwoma laty w rozmowie telefonicznej podsłuchanej przez służby specjalne. Oznacza po prostu wielkie i ciemne interesy, które robią w Polsce przedstawiciele elit politycznych wraz z zaprzyjaźnionymi ludźmi biznesu. „Kręcić lody” można więc podczas prac ustawodawczych, a także przy ważnych przetargach, sprzedaży mienia państwowego (np. ziemi), prywatyzacji szpitali etc.
O tym, jak bardzo młoda jest nasza demokracja, wie chyba każdy uczestnik życia publicznego w kraju. Tę chorobliwą niedojrzałość widać najlepiej właśnie na styku biznesu i polityki. Linie podziału bywają tu tak nieczytelne, że wybuch kolejnego skandalu korupcyjnego przestaje już kogokolwiek burzyć lub podniecać. A w ostatniej dekadzie tego typu afery wybuchają z regularnością ruchu wskazówek szwajcarskiego zegara. Nie ma bowiem roku, aby kolejna partia polityczna nie skompromitowała się udziałem w wielkiej korupcji, procederze przecieku tajnych informacji z pracy policji lub służb specjalnych lub w nielegalnym popieraniu rozmaitego rodzaju gospodarczych lobbystów.
A warto przypomnieć, że wielkie „kręcenie lodów” zaczęło się w tej dekadzie od słynnej „afery Rywina”, która wzięła nazwę od nazwiska producenta filmowego, który za łapówkę chciał umożliwić wydawcy prasy przejęcie prywatnej stacji telewizyjnej. Już po ujawnieniu, zbadaniu i ocenie tego zdarzenia wielu obserwatorów sądziło, że żadne matactwo na taką skalę nikogo zaskoczyć nie może. Bo to właśnie wtedy sejmowa komisja śledcza, z posłami opozycji Janem Rokitą i Zbigniewem Ziobrą na czele, zajrzała za kulisy biznesowych machinacji, ujawniła wpływy i znaczenie powiązań polityczno-towarzyskich, a w konsekwencji doprowadziła do długotrwałego i zdecydowanego osłabienia, rządzącego wówczas silną ręką, obozu postkomunistycznego.
Po siedmiu latach od tamtych wydarzeń okazało się, że ani afera Rywina, ani afera starachowicka, ani afera posłanki Sawickiej, ani afera gruntowa, ani żadna inna, nie nauczyły polityków rozumu i pokory. W głębokim przekonaniu o swojej nieodzowności, nieomylności, a przede wszystkim bezkarności znowu pokazali rodakom słynny „gest Kozakiewicza”. Nie pozostawia bowiem złudzeń treść niedawno ujawnionych przez prasę zapisów rozmów telefonicznych czołowego polityka rządzącej Platformy Obywatelskiej z  jego dwoma biznesowymi przyjaciółmi. Panowie gaworzyli sobie przez rok o możliwości pozaprawnego zablokowania niekorzystnej dla właścicieli kasyn i salonów gier zmian w ustawie o hazardzie!
Czy podczas prac legislacyjnych doszło „tylko” do korupcji politycznej, ustalą służby specjalne i prokuratura. Ale włosy stają na głowie, kiedy słyszymy, w jaki sposób i o czym rozmawiał polityk, który po przyszłorocznych wyborach prezydenckich mógł zostać sukcesorem premiera Donalda Tuska. Może właśnie stanęliśmy na dnie polskiego bagna?
PIOTR NIEMIEC

„Kręcenie lodów” – to określenie, jakby wprost wyjęte z poradnika cukierniczego, zrobiło w Polsce furorę, kiedy posłanka Platformy Obywatelskiej użyła go przed dwoma laty w rozmowie telefonicznej podsłuchanej przez służby specjalne. Oznacza po prostu wielkie i ciemne interesy, które robią w Polsce przedstawiciele elit politycznych wraz z zaprzyjaźnionymi ludźmi biznesu. „Kręcić lody” można więc podczas prac ustawodawczych, a także przy ważnych przetargach, sprzedaży mienia państwowego (np. ziemi), prywatyzacji szpitali etc.

O tym, jak bardzo młoda jest nasza demokracja, wie chyba każdy uczestnik życia publicznego w kraju. Tę chorobliwą niedojrzałość widać najlepiej właśnie na styku biznesu i polityki. Linie podziału bywają tu tak nieczytelne, że wybuch kolejnego skandalu korupcyjnego przestaje już kogokolwiek burzyć lub podniecać. A w ostatniej dekadzie tego typu afery wybuchają z regularnością ruchu wskazówek szwajcarskiego zegara. Nie ma bowiem roku, aby kolejna partia polityczna nie skompromitowała się udziałem w wielkiej korupcji, procederze przecieku tajnych informacji z pracy policji lub służb specjalnych lub w nielegalnym popieraniu rozmaitego rodzaju gospodarczych lobbystów.

Czytaj całość »

Chichot historii

Piotr Niemiec

Piotr Niemiec

Rodacy z Europy i Ameryki znają Telewizję Polską przede wszystkim z kanału TVP Polonia, który dociera do wielu zakątków świata, stanowiąc często jedyną nić łączącą ich z dawną ojczyzną. To wielkie szczęście móc gdzieś na antypodach usłyszeć w telewizyjnym okienku polską mowę, zobaczyć rodzinne krajobrazy. Choć Internet znakomicie ułatwia globalne komunikowanie, to jednak starsze pokolenie zdecydowanie woli oglądać programy informacyjne, rozrywkowe, sportowe, filmowe na dużym monitorze telewizora. Tak dzieje się w Polsce, tak zapewne jest też w USA i Kanadzie.

Ten wstęp napisałem po to, aby uświadomić telewidzom, że istnienie krajowej telewizji publicznej, której zadanie polega m.in. na podtrzymywaniu łączności z Polonią, znajduje się dzisiaj w poważnym niebezpieczeństwie. Niestety, jeszcze za komuny wymyślono tajemniczą formułę, że „kto ma telewizję, ten ma władzę”.

Czytaj całość »

Krakowskie szlaki Modrzejewskiej i Sienkiewicza

„[...] Jest u nas kolumna w Warszawie, na której usiadają podróżne żurawie,
spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka, taka zda się odległa i taka wysoka!
Za tą kolumną we mgły tęczowe ubrana stoi trójca świecących wież św. Jana…”
Tymi słowami Juliusz Słowacki malował najbardziej charakterystyczny obraz Starówki warszawskiej z jej górującą nad placem Zamkowym majestatyczną kolumną Zygmunta III Wazy, który przeniósł stolicę Polski z Krakowa do Warszawy. Słowacki był ulubionym poetą zarówno Heleny Modrzejewskiej, jak i Henryka Sienkiewicza. Obojga łączyła nie tylko miłość do niego, ale i los podróżnego żurawia, o jakim wspominał w wierszu Uspokojenie romantyczny twórca. Aktorkę i pisarza związał przyjaźnią wspólny pobyt na amerykańskim kontynencie, dokąd wyruszył najpierw młody Sienkiewicz, pisujący w tym czasie kroniki pod pseudonimem Litwos, a mający przygotować farmę Anaheim w Kalifornii na przyjazd artystki z mężem, Karolem Chłapowskim. Spośród grona gości, bywających w salonie Chłapowskich, on na serio potraktował zamiar emigracji, któremu przyświecała romantyczna wizja, wysnuta z pomysłu artystycznego Modrzejewskiej: „Och, ale gotować pod szafirowym niebem tego kraju wolności, jakaż to rozkosz! – rozmyślałam – Bielić płótno nad strumykiem, jak to czyniły dziewczęta z Iliady Homera! Po znojnym dniu grać na gitarze i śpiewać przy świetle księżyca, recytować poezje albo wsłuchiwać się w kwilenie drozda!”
Drogi Henryka i Heleny zetknęły się na warszawskim szlaku ich życia. Wspólna wyprawa do Ameryki ugruntowała przyjaźń, wspartą na podziwie literata dla scenicznych triumfów artystki. Podróż przez Atlantyk zapoczątkowała w biografii obojga ciągłą wędrówkę, w której da się wyznaczyć pewne stałe punkty. Jednym z nich w przypadku obojga stał się przede wszystkim Kraków. Gród podwawelski pełnił funkcję przystani w licznych podróżach artystów, a więc można rzec, że odgrywał rolę kolumny, na której zwykły przysiadać te wędrowne ptaki. Ona – krakowianka od urodzenia – do Warszawy przybyła na krótko, przed emigracją pojechała do rodzinnego miasta pożegnać bliskich. On – podlasiak, z wyboru od dzieciństwa warszawiak, nie znał Krakowa przed wyjazdem do Ameryki. Od 1879 r. oboje zaczęli odwiedzać podtatrzańską stolicę Galicji. Sienkiewicz, powróciwszy z Ameryki do kraju, odkąd poznał w Szczawnicy grono naukowe, obradujące nad jubileuszem Kraszewskiego, a także przyszłą swą żonę, Marię z Szetkiewiczów, zatrzymywał się często w Krakowie, gdzie osiadła po zamążpójściu siostra jego wybranki, Jadwiga Janczewska. Modrzejewska przyjęła zaproszenie na uroczystość uczczenia 50-lecia działalności literackiej Kraszewskiego i po raz pierwszy od wyjazdu do Ameryki przybyła właśnie do rodzinnego miasta, by następnie tu wracać i wielokrotnie występować na scenie. Oboje związali się z Krakowem tysiącem przeróżnych węzłów: z instytucjami, prasą, wydawnictwami oraz mieszkańcami, wśród których było grono bliskich.
W 1879 r. w Krakowie Tadeusz Ajdukiewicz postanowił wykonać portret Modrzejewskiej, ukończony w 1880 r., przeznaczony dla galerii w Sukiennicach. To dzieło Sienkiewicz powitał z uznaniem: „Zapewne twarz Modrzejewskiej musi odbijać jej duszę, ale niezmierną zasługą malarza jest, że umiał pochwycić to coś nieokreślonego, co piękną głowę odróżnia od innych, choćby najpiękniejszych”. Narodowy zjazd w Krakowie – parodniowe świętowanie jubileuszu Kraszewskiego – było wkroczeniem w świat opiniotwórczych salonów arystokratycznych Galicji. W następnych latach po uzyskaniu światowego rozgłosu Modrzejewska była jedyną aktorką przyjmowaną przez to towarzystwo, a Sienkiewicz najbardziej pożądanym przez nie gościem. Ścieżki twórców krzyżowały się nie tylko między innymi w Pałacu pod Baranami, należącym do Katarzyny z Branickich Potockiej, ale i na korytarzach krakowskich hoteli, w jakich zwykli się oni zatrzymywać: Grand Hotel, Hotel Saski i Hotel Pollera. Rozjazdy obojga nie pozwalały na zbyt częste spotkania, ale miały one szanse nastąpić w Krakowie lub jego okolicy. Dochodziło do nich przede wszystkim w uzdrowisku – w fascynującej obojga stolicy artystycznej przełomu XIX i XX wieku – Zakopanem. Jeśli już pragnęli osiąść na stałe w Galicji, to w dolinie pod Giewontem, a nie w zasięgu wawelskiego wzgórza.
Najczęściej zamieszkiwanym przez oboje artystów był Hotel Pollera, mieszczący się naprzeciw świeżo wówczas wybudowanego pośrodku obszernego placu (św. Ducha) Teatru Miejskiego, który później otrzymał patronat Juliusza Słowackiego. Na jego budowę Modrzejewska przeznaczyła dochód z szeregu przedstawień w 1884 r. Po występach teatralnych organizowała u Pollera w reprezentacyjnej sali przy ulicy Szpitalnej późne biesiady i koncerty. W gmachach tych doszło do ostatnich spotkań Modrzejewskiej i Sienkiewicza w roku 1903. Obecność dawnego kronikarza sukcesów aktorki na przedstawieniu 20 stycznia odnotowała w pamiętniku (którego maszynowy odpis znajduje się w zbiorach Instytutu Sztuki PAN w Warszawie) Elżbieta Kietlińska: „Na sali była druga nasza sława – Sienkiewicz, który przyjechał umyślnie na Dejanirę wraz z innymi literatami i artystami warszawskimi. Patrzył na swą niegdyś uwielbianą z nabożeństwem – ale ona lepiej się trzyma niż on”. Pożegnalne, jak się okazało, widzenie Heleny, Karola i Henryka miało miejsce na przyjęciu u wspólnych znajomych. Po śmierci aktorki 8 IV 1909 r., a następnie sprowadzeniu jej zwłok do kraju, kiedy z kościoła św. Krzyża, sąsiadującego z Teatrem Miejskim i Hotelem Pollera powędrował 17 VII tego roku uroczysty pochód na Cmentarz Rakowicki, Sienkiewicz postępował tuż za trumną, obok męża i syna artystki, a wraz z innym jej przyjacielem o międzynarodowej sławie, Ignacym Paderewskim.
Czas manifestacji narodowych, organizowanych z okazji pogrzebów wielkich Polaków minął. Miał on swój szczególny wymiar w okresie zaborów, a w związku z tym wyjątkowe emocjonalne zabarwienie. Dziś pamięć o artystach, którzy odnosili triumfy sto lat temu nie przybiera form tak masowych, jak w dniach ich powodzenia. Echa sławy jednak nie przeminęły i inspirują do przedsięwzięć przywołujących dawne zdarzenia. Na przykład z okazji stulecia śmierci Modrzejewskiej zrekonstruowano 5 kwietnia 2009 r. koncertową biesiadę w Hotelu Pollera, gdzie ulubione utwory muzyczne aktorki zagrała utalentowana chopinistka Krystyna Man Li Szczepańska. Za pośrednictwem listów Sienkiewicza i Modrzejewskiej czytanych przez Magdalenę Smoławską, Edwarda Linde-Lubaszenkę, Kazimierza Madeja i Mieczysława Święcickiego przypomniane zostały lata ich wspólnego pobytu na amerykańskiej ziemi. Pilotażowy odcinek filmu Wiesława Adamika i Aleksandra Madeja „Sienkiewicz 1908. Piknik pod jurajską skałą” z Markiem Proboszem w roli głównej ożywił obraz przedwiecznych spotkań towarzyskich.
Spacery, odbywane dziś tropem pisarza i aktorki w Krakowie, pozwalają przynajmniej częściowo wyobrazić sobie miejsca, w jakich przebywali. Dzisiejsze miasto, jakkolwiek tętniące współczesnym rytmem, zachowało aleję wysadzaną kasztanami – Planty, układ ulic zbiegających się na Rynku, szereg reprezentatywnych kamienic, które do dziś – jak wspomniane wyżej hotele – pełnią te same funkcje. Ponadto pobyty artystów w Krakowie zaowocowały potrzebą pielęgnowania pamięci o nich. Przypomina o nim sztuka, jak wystawione na scenie Narodowego Teatru Starego inscenizacja „Trylogii” Sienkiewicza w reżyserii Jana Klaty (premiera 21 II 2009 r.) oraz czytania sztuki Joanny Oparek „Projekt Ameryka” w reżyserii Radka Rychcika (premiera 8 IV 2009 r.). W Muzeum Historycznym w Krzysztoforach wyeksponowano kolekcję pamiątek po Modrzejewskiej w imponującej liczbie ponad 300 obiektów. Większość zbiorów pochodzi z jej kalifornijskiej posiadłości Arden, nieopodal Santa Ana. W Grand Hotelu i Hotelu Pollera w gablotach przy recepcji w stałej ekspozycji znalazły się fotografie
Józef Szczublewski, wybitny badacz – dokumentalista życiorysów Modrzejewskiej i Sienkiewicza, autor potężnych kronikarskich monografii, poświęconych tym artystom, książek, wznowionych ostatnio przez wydawnictwo WAB w serii „Fortuna i Fatum” („Sienkiewicz. Żywot pisarza”, Warszawa 2006; „Modrzejewska. Życie w odsłonach”, Warszawa 2009), zwraca uwagę na wzajemny wpływ, jaki mieli na siebie ci twórcy. Z punktu widzenia Henryka podsumowuje: „Miał szczęście być blisko tej niezwykłej istoty. Taka w narodzie pojawia się jedna na wiek cały, może jedna na kilka wieków. Zawsze przypominała mu orła. Nauczyła go ufności w talent, była mu wzorem pracy bez opamiętania, pisarz z Podlasia uwierzył w zdobycie świata”. Nie sposób przecenić również oddziaływania retorycznego relacji Sienkiewicza. To dzięki jego pióru ulotna sztuka, którą uprawiała Helena, zachowała się we wspomnieniach potomnych. Z lektury cennych kalendariów Szczublewskiego wyłaniają się jednak nie tylko posągowe postaci, które zyskały nieśmiertelność, ale również osoby o ludzkich obliczach. Paradoksalnie, wyróżnieni tym, że żyją w pamięci potomnych, niczym się od nich nie różnią. Nieśmiertelność zapewnia słowo, choć zdaniem Sienkiewicza decydują o tym warunki, jakie stwarza Kraków: „Mieszkańcy takiego miasta nie powinni by umierać i jeśli to robią, to sądzę, że w części przez zamiłowanie stałych tradycji, w części przez naśladowanie zagranicy”.
Aktorzy sztuki Projekt Ameryka - fot. A. Adamek-Świechowska

Aktorzy sztuki Projekt Ameryka - fot. A. Adamek-Świechowska

[...] Jest u nas kolumna w Warszawie, na której usiadają podróżne żurawie, spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka, taka zda się odległa i taka wysoka! Za tą kolumną we mgły tęczowe ubrana stoi trójca świecących wież św. Jana…[...]

Tymi słowami Juliusz Słowacki malował najbardziej charakterystyczny obraz Starówki warszawskiej z jej górującą nad placem Zamkowym majestatyczną kolumną Zygmunta III Wazy, który przeniósł stolicę Polski z Krakowa do Warszawy. Słowacki był ulubionym poetą zarówno Heleny Modrzejewskiej, jak i Henryka Sienkiewicza. Obojga łączyła nie tylko miłość do niego, ale i los podróżnego żurawia, o jakim wspominał w wierszu Uspokojenie romantyczny twórca. Aktorkę i pisarza związał przyjaźnią wspólny pobyt na amerykańskim kontynencie, dokąd wyruszył najpierw młody Sienkiewicz, pisujący w tym czasie kroniki pod pseudonimem Litwos, a mający przygotować farmę Anaheim w Kalifornii na przyjazd artystki z mężem, Karolem Chłapowskim. Spośród grona gości, bywających w salonie Chłapowskich, on na serio potraktował zamiar emigracji, któremu przyświecała romantyczna wizja, wysnuta z pomysłu artystycznego Modrzejewskiej: „Och, ale gotować pod szafirowym niebem tego kraju wolności, jakaż to rozkosz! – rozmyślałam – Bielić płótno nad strumykiem, jak to czyniły dziewczęta z Iliady Homera! Po znojnym dniu grać na gitarze i śpiewać przy świetle księżyca, recytować poezje albo wsłuchiwać się w kwilenie drozda!”

Czytaj całość »

A Polish-Canadian calls for healing between Poles and Jews

My dearest Jewish friend, Ms. Lizzy Ratner,
It warmed my heart to hear that your six-day sojourn through Poland’s cities, towns and villages led you to discover the one-thousand-year old history of Polish Jewry and to feel a deep personal attachment to the land of your ancestors which you wrote about in your article “In the Beloved Old Country, a Jew has Visions of her Homeland”.
I have been returning to Poland the last few years, to the country of my birth, which my family fled from communist persecution.  I too feel that deep, inner longing to rediscover and connect to the Jewish half of the Polish soul, or is it the Polish half of the Jewish soul?
When I visit Poland, I make sure to take in the weeklong Festival of Jewish Culture at the end of June held in the Jewish district of Krakow, capped by thousands upon thousands of Poles crammed into the Old Jewish Square swaying to the best Klezmer music from around the world.  Once, when I was employed in Warsaw for a few months, I called-in sick in order to travel to the city of Lodz, to run my fingers across the marvelous red-orange brickwork of the old textile factory owned by the Jewish magnate Izrael Poznanski—the king of cotton.  Then onto to his home, the stunning baroque Poznanski Palace, now housing a museum dedicated to the history of Lodz, which resonates in my mind because of a picture of a remarkably cosmopolitan choir in pre-war Poland composed of one third Catholic Poles, one third Jewish Poles, and a third Germans.  I took pictures of myself sitting next to the famous pianist Arthur Rubinstein or, rather, the life-sized bronze statue of him playing the piano on Piotrkowska Street.  Of course, merriment aside, I also made the obligatory pilgrimage to Auschwitz, as well as Stutthof and Majdanek, to pay my respects to the victims of the German Nazis.
As long as I can remember, I was fascinated by Polish Jewish culture—the good and the bad.  I was an odd boy, in that most of my friends at the Catholic School I attended in Canada read marvel comics and hardy boy novels, while I read Elie Wiesel and letters from Auschwitz.  My friends, all Detroit Tigers fans, followed Kirk Gibson and Alan Trammell religiously, and I did too, but I also followed Pope John Paul’s visits to Auschwitz where he knelt and prayed, his visit to the Great Synagogue in Rome, and watched through tears as he placed a prayer in the Wailing Wall in Israel.
The words he issued commemorating the 50th anniversary of the Warsaw Ghetto Uprising still echo in my heart, “As Christians and Jews, following the example of the faith of Abraham, we are called to be a blessing to the world. This is the common task awaiting us. It is therefore necessary for us, Christians and Jews, to be first a blessing to one another”.
What I am trying to say, is that as a Polish-Catholic raised in a conservative Polish-Catholic home, I was and remain in search of an honest conversation between Poles and Jews, and I have to admit it is disheartening to find time and again the lines of communication between these two storied peoples, sharing a beautiful and tragic one thousand year old history to become, so corroded by anger and beset by a sclerosis due to politics and campaigns of misinformation that perpetuate misunderstanding.
For all the positives contained in your article, Lizzy, I am crestfallen when I see that even an educated, curious, and sincere Jewish person such as yourself can write words like, “the Nazis (with later help from the Poles and the Communists), really did do a smash-up job of erasing a whole culture” and refer to a “pre-Nazi Poland” as if there ever was a Nazi Poland.
These words, essentially equating Poland with the German Nazis, or at the very least putting them on the same team, are printed a mere week after Poland commemorated the 65th Anniversary of the Warsaw Uprising in which the entire city rose up against the might of the German Nazi war machine and held up for 63 days armed with bricks, slingshots, Molotov cocktails and rudimentary guns.  In the end, the British and the Americans and the French and Russians stood by and watched as 200,000 Poles were slaughtered and 90 per cent of the city razed to the ground.  Imagine, Poles suffered the equivalent of a 9/11 for 63 straight days.  Six million Poles, including three-million non-Jewish Poles, were killed at the hands of the German Nazis.
My dearest Lizzy, I wonder if the ethnocentric Jewish lenses you acknowledge you had been given “like most Jewish kids” allowed you to see the basic fact that Poland was the only country that fought against Nazi Germany from the very beginning of the Second World War until its conclusion?  Were you aware Poland opposed the Soviet Union which invaded from the east and deported and murdered hundreds of thousands of its citizens in the very first months of the war?
I wonder if those same lenses have not kept you from seeing facts which we Poles consider basic, pre-school history, that the Polish underground resistance, called the Home Army, which organized the Warsaw Uprising, was the largest resistance movement in Europe, and that it even organized a group—Zegota—with the sole purpose of rescuing Jews, even though the price paid for being suspected of aiding a Jew in Poland was instant death for you, your family, and your neighbors.
On this note, it pains me in particular, that you equate Poles with Nazis and the Communists.  Despite the penalty of immediate execution for any Pole suspected of assisting a Jew, a penalty imposed nowhere else in Europe, neither in gallant France, or the Netherlands, there are more Poles honored in Yad Vashem for rescuing Jews than any other nationality.  And I suspect that the numbers at Yad Vashem are very conservative.  Why?  Because my grandmother, Wladzia, hid a Jewish family in her cellar for months, provided them with food and clothing, though she herself was dirt poor, risking the lives of her entire family.  Wladzia, like many Poles, does not have a tree planted in her name at Yad Vashem and never will.
Brilliant filmmakers and students of the Holocaust like Steven Spielberg moved mountains to make us familiar with the name of Oskar Schindler, the German industrialist, who used his great wealth to rescue 1,200 Jews from extermination, and yet it took a group of some beautiful high school students in Uniontown, Kansas, to bring to our attention, sixty long years after the fact, Irena Sendler, a Polish-Catholic nurse, who saved 2,500 Jewish children from certain death with much, much fewer resources than Mr. Schindler and undertaking much greater risks.  I dream of the talented Steven Spielberg capturing the story of her bravery as only he can do and wonder what’s the hold up?
I lived in Nashville for five years, where I studied at Vanderbilt University.  My proudest achievement was being the co-chair of Vanderbilt’s 30th Annual Holocaust Lecture Series, the longest running such serious in the United States, which through its history has invited scores of thinkers and activists from around the world who study the Holocaust and other genocides.  For a student of the Holocaust, it doesn’t get much better than sitting in on a lecture, and having dinner with, Pulitzer Prize winning historian Saul Friedlander.
And yet, as part of the Lecture Series, I remember taking a group of undergraduate and graduate students to the National Holocaust Memorial Museum in Washington, which was wonderful, except for two things.  It seems even the Holocaust Memorial, dedicated I assume to an honest examination of the shoah, was handing out the same lenses that you, Lizzy are wearing.
Our tour guide, a truly lovely elderly Jewish woman, whisked us by the displays showing the execution of Poles and Polish priests at the hands of the German Nazis, while slowing down by the other ‘regular’ displays long enough to tell us that Poles were just as murderous of Jews as the Germans, and that the Nazis were Christian.  I was numb.
At the end of our two hour tour through history, we gathered in a conference room to discuss what we had seen.  A bright, young law student, not an undergraduate student mind you, but an advanced law student, raised his hand and said, “Okay, we know that Poles welcomed Hitler with open arms when he crossed into their country…. ”. I couldn’t let him finish.  I raised my hand and politely corrected him in much the same way as I am correcting you.  How is it possible for such a highly educated person to come away with such a horribly mistaken impression from the country’s most esteemed Holocaust institution? And what of the 30 million people who have visited the museum thus far?
Please allow me one final vignette from my search for an honest conversation between Poles and Jews.
Three years ago, as a member of Vanderbilt’s Holocaust Lecture Series, we invited a supremely talented Yiddish writer, a woman of immense charm, and a survivor of the Lodz Ghetto, to give a lecture.  I remember striking up a conversation with another elderly Jewish woman in a wheelchair who was waiting outside to get into the packed auditorium.
She started telling me about her experiences in Lodz.  I corrected her pronunciation and her eyes lit up.  “You know Wooodge?” She said.  I said I do, and she immediately started telling me about the bakery her family owned on Piotrkowska Street before the war, not too far from where the bronze statue of Arthur Rubinstein now sits.  I asked her if she would ever go back.  She gestured for me to lean in a little closer and whispered, ‘no, I wouldn’t.  Never.  Those Poles would kill us all”.
And here is the greatest irony.  That evening, as the elderly Yiddish author concluded her lecture, she became faint, and collapsed on stage.  Luckily, as the rest of the crowd looked on, stunned, frozen, one of the members of the Lecture Series, the wonderful Vanderbilt music professor Michael Rose, leaped up and braced her fall.
I joined him shortly thereafter, cradling the head of this old, Holocaust survivor in my hands, placing a damp cloth on her forehead, and gently caressing the silver hair away from her eyes.
I looked up at Professor Rose, with whom I had once discussed organizing a concert at Vanderbilt University to promote Christian, Jewish and Muslim understanding, in the great tradition of the annual Vatican concerts started by Pope John Paul II.
He looked at me, a Polish-Catholic cradling this fragile, Jewish soul, in my hands, a treasure, one of the few remaining witnesses of the Shoah.
As she regained her wits, she grasped my hand, looked up, smiled, and said, ‘my, you’re handsome’.  She was fine.
My eyes welled up.  I looked out into the crowd and passed the Jewish woman in the wheelchair, and passed another Jewish professor who once called me ‘the son of a perpetrator nation’.
I have spent my young life searching for an honest conversation between Jews and Poles.
Irek Kusmierczyk is a PhD Student, Political Science, Vanderbilt University

My dearest Jewish friend, Ms. Lizzy Ratner,

It warmed my heart to hear that your six-day sojourn through Poland’s cities, towns and villages led you to discover the one-thousand-year old history of Polish Jewry and to feel a deep personal attachment to the land of your ancestors which you wrote about in your article “In the Beloved Old Country, a Jew has Visions of her Homeland”.

Czytaj całość »

Marek Piotrowski

Marek Piotrowski - Dziewięciokrotny Mistrz Świata w kick boxingu

Marek Piotrowski - Dziewięciokrotny Mistrz Świata w kick boxingu

W biografiach wielkich ludzi nie zawsze najistotniejsze są momenty chwały i wielkich osiągnięć, choć to dzięki nim są najbardziej znani. Drogę życia wyznaczają nie spektakularne wydarzenia, lecz małe, nieuchwytne dla oczu innych momenty, w których człowiek musi walczyć sam ze sobą.

Hstoria Marka “The Punisher” Piotrowskiego, 9-krotnego mistrza świata w kick-boxingu,  jest nieprawdopodobna. „To życiowy scenariusz na kasowy film” – tak mówił swego czasu, zainteresowany Piotrowskim, znany aktor Daniel Olbrychski. W Stanach Zjednoczonych przebywał prawie 14 lat, a w ciągu dwóch lat od przylotu osiągnął wszystko, co można było osiągnąć w kick-boxingu. Marek był człowiekiem, jednym z nielicznych, który poderwał Polonię. Polscy emigranci w Chicago nosili go na rękach, ustawiali się w kolejce po autografy i śpiewali Mazurka Dąbrowskiego po kolejnych wygranych starciach. Byli w Marku absolutnie zakochani. Do dziś w „Wietrznym Mieście” wielu biznesmenów trzyma na ścianach zdjęcia Marka Piotrowskiego z własnoręcznym podpisem. To wszystko zaczęło się 18 sierpnia 1988 roku. Wtedy Marek Piotrowski, po wielu sukcesach odniesionych w Polsce i w Europie (w październiku 1987) wywalczył Amatorskie Mistrzostwo Świata WAKO (full contact) – Monachium, a w grudniu tego samego roku Puchar Świata w Budapeszcie) opuszczał Polskę i leciał do USA.

Czytaj całość »

Spotkanie u pana Dominika

Zapewne nie ja jedna zastanawiam się, dlaczego pan Dominik Piwowarski, nie został wielkim śpiewakiem? Wspaniały głos, dykcja, nienaganna prezencja; czego więcej potrzeba, aby zostać bohaterem scen? Życie prowadzi człowieka różnymi drogami, pisząc swoją księgę. Niezwykle ciekawą, jeśli chodzi o pana Dominika, znanego detroickiej Polonii przede wszystkim jako solisty chóru „Filaretów”, a kiedyś także aktywnie towarzyszącego żonie Franciszce w jej długoletniej działalności w Związku Polaków (pełniła funkcję prezeski gminy 133 oraz dyrektorki na stan Michigan); wreszcie kochającego, troskliwego męża.

Czytaj całość »

« Wcześniejsze Wiadomości Późniejsze Wiadomości »