Hazard polski

Hazard polski
„Kręcenie lodów” – to określenie, jakby wprost wyjęte z poradnika cukierniczego, zrobiło w Polsce furorę, kiedy posłanka Platformy Obywatelskiej użyła go przed dwoma laty w rozmowie telefonicznej podsłuchanej przez służby specjalne. Oznacza po prostu wielkie i ciemne interesy, które robią w Polsce przedstawiciele elit politycznych wraz z zaprzyjaźnionymi ludźmi biznesu. „Kręcić lody” można więc podczas prac ustawodawczych, a także przy ważnych przetargach, sprzedaży mienia państwowego (np. ziemi), prywatyzacji szpitali etc.
O tym, jak bardzo młoda jest nasza demokracja, wie chyba każdy uczestnik życia publicznego w kraju. Tę chorobliwą niedojrzałość widać najlepiej właśnie na styku biznesu i polityki. Linie podziału bywają tu tak nieczytelne, że wybuch kolejnego skandalu korupcyjnego przestaje już kogokolwiek burzyć lub podniecać. A w ostatniej dekadzie tego typu afery wybuchają z regularnością ruchu wskazówek szwajcarskiego zegara. Nie ma bowiem roku, aby kolejna partia polityczna nie skompromitowała się udziałem w wielkiej korupcji, procederze przecieku tajnych informacji z pracy policji lub służb specjalnych lub w nielegalnym popieraniu rozmaitego rodzaju gospodarczych lobbystów.
A warto przypomnieć, że wielkie „kręcenie lodów” zaczęło się w tej dekadzie od słynnej „afery Rywina”, która wzięła nazwę od nazwiska producenta filmowego, który za łapówkę chciał umożliwić wydawcy prasy przejęcie prywatnej stacji telewizyjnej. Już po ujawnieniu, zbadaniu i ocenie tego zdarzenia wielu obserwatorów sądziło, że żadne matactwo na taką skalę nikogo zaskoczyć nie może. Bo to właśnie wtedy sejmowa komisja śledcza, z posłami opozycji Janem Rokitą i Zbigniewem Ziobrą na czele, zajrzała za kulisy biznesowych machinacji, ujawniła wpływy i znaczenie powiązań polityczno-towarzyskich, a w konsekwencji doprowadziła do długotrwałego i zdecydowanego osłabienia, rządzącego wówczas silną ręką, obozu postkomunistycznego.
Po siedmiu latach od tamtych wydarzeń okazało się, że ani afera Rywina, ani afera starachowicka, ani afera posłanki Sawickiej, ani afera gruntowa, ani żadna inna, nie nauczyły polityków rozumu i pokory. W głębokim przekonaniu o swojej nieodzowności, nieomylności, a przede wszystkim bezkarności znowu pokazali rodakom słynny „gest Kozakiewicza”. Nie pozostawia bowiem złudzeń treść niedawno ujawnionych przez prasę zapisów rozmów telefonicznych czołowego polityka rządzącej Platformy Obywatelskiej z  jego dwoma biznesowymi przyjaciółmi. Panowie gaworzyli sobie przez rok o możliwości pozaprawnego zablokowania niekorzystnej dla właścicieli kasyn i salonów gier zmian w ustawie o hazardzie!
Czy podczas prac legislacyjnych doszło „tylko” do korupcji politycznej, ustalą służby specjalne i prokuratura. Ale włosy stają na głowie, kiedy słyszymy, w jaki sposób i o czym rozmawiał polityk, który po przyszłorocznych wyborach prezydenckich mógł zostać sukcesorem premiera Donalda Tuska. Może właśnie stanęliśmy na dnie polskiego bagna?
PIOTR NIEMIEC

„Kręcenie lodów” – to określenie, jakby wprost wyjęte z poradnika cukierniczego, zrobiło w Polsce furorę, kiedy posłanka Platformy Obywatelskiej użyła go przed dwoma laty w rozmowie telefonicznej podsłuchanej przez służby specjalne. Oznacza po prostu wielkie i ciemne interesy, które robią w Polsce przedstawiciele elit politycznych wraz z zaprzyjaźnionymi ludźmi biznesu. „Kręcić lody” można więc podczas prac ustawodawczych, a także przy ważnych przetargach, sprzedaży mienia państwowego (np. ziemi), prywatyzacji szpitali etc.

O tym, jak bardzo młoda jest nasza demokracja, wie chyba każdy uczestnik życia publicznego w kraju. Tę chorobliwą niedojrzałość widać najlepiej właśnie na styku biznesu i polityki. Linie podziału bywają tu tak nieczytelne, że wybuch kolejnego skandalu korupcyjnego przestaje już kogokolwiek burzyć lub podniecać. A w ostatniej dekadzie tego typu afery wybuchają z regularnością ruchu wskazówek szwajcarskiego zegara. Nie ma bowiem roku, aby kolejna partia polityczna nie skompromitowała się udziałem w wielkiej korupcji, procederze przecieku tajnych informacji z pracy policji lub służb specjalnych lub w nielegalnym popieraniu rozmaitego rodzaju gospodarczych lobbystów.

Czytaj całość »

Co w trawie…

Co w trawie …
Cóż, nic nowego nie napiszę. Mamy kryzys. Czasem aż boję się zapytać pod kościołem o to, co tam u kogoś słychać, bo już kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć odpowiedź: „Wszystko dobrze, tylko wczoraj straciłem pracę”. Ze wszystkich stron przychodzą ludzie, którzy sami, w najbliższej albo w dalszej rodzinie, bądź wśród bliskich znajomych spotykają się z „layoffem”, jak to się po polsku nowocześnie u nas mówi.
Codzienne, zwykłe rzeczy zaczynają wtedy straszyć. Rzadziej raczej zdarza się tak, że cieszą; że człowiek dostrzega smak kromki chleba i wartość spaceru, za który nie musi płacić. Zwykle bywa tak, że do każdego nowego dnia podchodzimy z lękiem, boimy się zajrzeć do skrzynki pocztowej, a uświadomienie sobie, że i tak rachunki trzeba będzie zapłacić spędza sen z powiek… Mamy kryzys, dotknął on zwłaszcza Michigan, zwłaszcza Detroit i okolicę.
W momencie, kiedy czujemy, że wali się nam wszystko, wcześniej z trudem poukładane plany przestają w ogóle przystawać do rzeczywistości, nie ma co się wymądrzać. Człowiekowi wydaje się, że z tej sytuacji nie ma wyjścia, aż oddycha się ciężko, aż się nie chce żyć. Nie jestem psychoterapeutą i pewnie do lektury innych autorów trzeba by sięgnąć, żeby dowiedzieć się, jak dobrze sobie w takiej chwili poradzić. Wiem jednak na pewno, że te pierwsze momenty najczęściej trzeba po prostu przeczekać. „Wbij wtedy zęby w ścianę” – powtarzał mi mój wujek i dziś uświadamiam sobie, jak bardzo miał rację. To wtedy robi się najwięcej głupstw, kiedy wydaje się, że człowiek jest przyparty do muru, choć żadna natychmiastowa akcja nie jest potrzebna. Jednak zagrożenie wywołuje w nas lęk i sprawia, że podejmujemy działania obronne. Może więc jednak warto pokusić się choćby o odrobinę refleksji nie-całkiem-fachowej?
Chodzi o to, że do paru spraw dojść może każdy. Etymologia greckiego słowa krinein (to czasownik) nie wskazuje bezpośrednio żadnego zagrożenia. Oznacza ono rozdzielać, odsiewać, rozstrzygać, decydować, sądzić, zaś pochodzący od niego rzeczownik krisis tłumaczy się jako wybór, rozstrzygnięcie.
Wystarczy pogrzebać w słownikach, żeby znaleźć na przykład takie definicje słowa “kryzys”: “punkt zwrotny w chorobie, decydujący moment szczególnie w tragedii, czas zagrożenia, punkt kulminacyjny”. (The Webster’s Encyclopedic Dictionary of English Language, 1988) Słowo to oznacza więc bardziej przesilenie, punkt zwrotny, wstrząs, przełom.
Niby jest tak, że potocznie określa się słowem „kryzys” różne sytuacje zagrożenia. Słyszy się więc o kryzysie wartości, kryzysie rodziny, kryzysie finansów publicznych, kryzysie w stosunkach międzynarodowych, kryzysie autorytetu. Tu w przeciwieństwie do oryginalnego, greckiego znaczenia słowa wyraźnie pojawia się jego negatywne skojarzenie z zagrożeniem. Jak zatem rozumieć kryzys? Jak do niego podejść? Jak go wreszcie przetrwać i co z nim zrobić?
Wpadł mi ostatnio w ręce jeden z polskich kolorowych magazynów (trochę może wstyd przyznać) dla kobiet. Rzadko tam zaglądam, ale… być może za rzadko. Gdzieś tam w środku natknąłem się na kilka opowieści osób, które właśnie w kryzysie odnalazły swoją szansę. Oczywiście nie w żerowaniu na ludzkiej biedzie, ale nie zasypiając gruszek w popiele zareagowały na nową rzeczywistość i każda w swojej branży (od restauracji, poprzez konfekcję, teatr, aż po taniec) potrafiła dostosować się do tak drastycznie zmieniającego się świata, dając sobie i innym szansę na trwanie i życie w trudniejszych warunkach.
Może nie wszystkiego się od takich osób nauczę. Ale postaram się pamiętać, że okresy lepsze i gorsze w życiu dają równowagę, uczą, pozwalają zrewidować poglądy i wybrać to, co lepsze. Może w kryzysie można dopatrzyć się szansy na przesilenie jakiejś tam „choroby”? może to faktycznie czas „odsiewania”?
Ks. Sławek Murawka SChr

Cóż, nic nowego nie napiszę. Mamy kryzys. Czasem aż boję się zapytać pod kościołem o to, co tam u kogoś słychać, bo już kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć odpowiedź: „Wszystko dobrze, tylko wczoraj straciłem pracę”. Ze wszystkich stron przychodzą ludzie, którzy sami, w najbliższej albo w dalszej rodzinie, bądź wśród bliskich znajomych spotykają się z „layoffem”, jak to się po polsku nowocześnie u nas mówi.

Codzienne, zwykłe rzeczy zaczynają wtedy straszyć. Rzadziej raczej zdarza się tak, że cieszą; że człowiek dostrzega smak kromki chleba i wartość spaceru, za który nie musi płacić. Zwykle bywa tak, że do każdego nowego dnia podchodzimy z lękiem, boimy się zajrzeć do skrzynki pocztowej, a uświadomienie sobie, że i tak rachunki trzeba będzie zapłacić spędza sen z powiek… Mamy kryzys, dotknął on zwłaszcza Michigan, zwłaszcza Detroit i okolicę.

Czytaj całość »

Krótka historia przyszłości

Krótka historia przyszłości Gdyby popatrzeć na dzisiejsze statystyki, to za dwa pokolenia nie będzie Zachodu, miliony imigrantów z obcych kultur wlewają się w granice starej Europy i krajów Nowego Świata. Zachód nie jest w stanie postawić bariery, nie jest w stanie zasymilować nowych przybyszów, umiera demograficznie… Czy stało się tak mimo woli, czy jest to działanie celowe? Czy może w tym szaleństwie jest metoda? Dlaczego nikt nie woła do broni, ba, dlaczego nie jest to nawet temat ostrej debaty publicznej? Pomysł imigracyjnego “wymieszania kultur” jest na rękę ideologom globaliza- cji. Mają nadzieję na takie samo rozbro- jenie silnych kultur niezachodnich, jak to uczynili z chrześcijaństwem w obrębie Zachodu. Silne religie stają na drodze ośrodków władzy, jednak siła propagan- dy oddziałującej na niskie instynkty czło- wieka jest bardzo duża i tą właśnie drogą idzie plan globalizacyjnej urawniłowki. O ile w pierwszym pokoleniu imigran- tów, kościec starej kultury jest wciąż twardy, o tyle w przypadku drugiego i trzeciego pokolenia łatwo już o jego roz- miękczenie – łatwiej zepchnąć z drogi starych wartości w stronę “używania ży- cia” i hedonistycznej iluzji doczesnego “szczęścia”. Bolszewicy idei globalizmu mają nadzieję na “zdekulturowanie” nowych przybyszów. Nowych w pierw- szym pokoleniu wykorzystuje się do pomocy przeciwko chrześcijaństwu, aby wysiodłać je z domniemanej wciąż pozycji dominującego paradygmatu kulturowego.
Imigranci, budując swoje meczety czy świątynie, zręcznie poduszczeni, opowiadają się za sekularyzacją instytucji, likwidacją publicznej symboliki chrześcijańskiej (np. rezygnacją z modlitwy “Ojcze nasz” na otwarcie obrad parlamentarnych, usuwaniem krzyży z gmachów, rugowaniem elementów chrześcijańskich obchodów – jak choinki – z miejsc publicznych). “Oświeceni” kierownicy świata szukają sprzymierzeńców wśród osiedlających się w krajach Zachodu muzułmanów, hindusów czy – tradycyjnie – żydów. Co ciekawe, walka toczy się nie o do- łączenie nowej symboliki religijnej do starej, lecz o jej usunięcie, o sekulary- zację. Nie-chrześcijanom tłumaczy się, że tylko instytucje państwowe wyzute z odniesień do chrześcijańskiego po- rządku będą im “bardziej przyjazne”. Chodzi o przyszłość; o rządy nad świa- tem za dwa – trzy pokolenia. Kierownicy mierzą w ludzi młodych. Przesączony seksem przekaz medialny epatuje rozszerzone oczy młodych muzułma- nów, upijanie się w pubie jest “atrak- cyjne” również dla młodego hindusa. Kierownicy mają więc nadzieję, że owa wielka niezachodnia imigracja, osta- tecznie stoczy się w te same obyczaje, jakie widać dzisiaj w każdy weekend na ulicach brytyjskich miast; jednym słowem, że dostarczy systemowi no- wych proletów i znajdzie miejsce w tworzonym nowym porządku. Przyszło- ści nie da się do końca przewidzieć, zaś nowo przybyłe rodziny muzułma- nów, i nie tylko, mogą nie dać się tak łatwo rozebrać ze starych wartości. Wszak nie są to ludzie głupi, przeczu- wają pismo nosem i nie chcą oddawać dzieci na pastwę degrengolady Zacho- du; usiłują zastopować ową “globali- styczną” asymilację. Częściowo się to udaje, bo w końcu niejeden urodzony w Kanadzie Arab wyjeżdża na Intifadę czy walczy z niewiernymi w Somalii. Oferta globalizacyjna Zachodu, choć błyszcząca i roznegliżowa- na, w środku jest pusta i przegniła. Stąd coraz więcej obaw, że wspomnia- na imigracyjna inwazja zakończy sie kulturowym podbojem w wykonaniu tradycyjnych przeciwników Zachodu; próbą rozpropagowania na naszych zie- miach innych wartości cywilizacyjnych. Antyzachodni przybysze chcą na nasz grunt przeflancować wiarę i obyczaje swych ojców, a jest to o tyle łatwe, że sami przestaliśmy dbać o nasze tradycje i na dobrą sprawę nie wiemy dokładnie, czego mielibyśmy bronić. Tym bardziej, że wygody ostatnich dekad wyrobiły w nas skłonność do preferowania iluzji przed realizmem. W trzecim pokoleniu dzieci europejskich pionierów, którzy wyszarpali te ziemie dla białego człowieka, jeśli mają wy- brać między przyjemną iluzją a przy- krą rzeczywistością, wybierają iluzję. Tak je wychowaliśmy w bezstresowej szkole, w domu pozbawionym rodziny, w demokracji, w której rozdzielono wolność od odpowiedzialności za po- dejmowane decyzje. W Europie jedne po drugim rosną minarety meczetów. Nowe jest już nie do powstrzymania… Oświeceni kierownicy mają oczywi- ście nadzieję, że dzięki coraz skrzęt- niejszemu dokręcaniu śruby totalnej kontroli zdołają wyeliminować wpływ niezachodnich magików używających “mowy nienawiści” wobec “niewiernego” Zachodu; że permisywizm walcowany po głowach przez zachodnie środki przekazu, ostatecznie zostanie tam wyciśnięty, problem tylko w tym, że Zachód, który dawno już zubożał du- chowo, dzisiaj ubożeje pod względem materialnym, przez co projekt globali- zacyjny dostaje prawdziwej zadyszki. Za cóż można kupić duszę, jeśli brak złota?
Andrzej Kumor, Mississauga www.goniec.net

Gdyby popatrzeć na dzisiejsze statystyki, to za dwa pokolenia nie będzie Zachodu, miliony imigrantów z obcych kultur wlewają się w granice starej Europy i krajów Nowego Świata. Zachód nie jest w stanie postawić bariery, nie jest w stanie zasymilować nowych przybyszów, umiera demograficznie… Czy stało się tak mimo woli, czy jest to działanie celowe? Czy może w tym szaleństwie jest metoda? Dlaczego nikt nie woła do broni, ba, dlaczego nie jest to nawet temat ostrej debaty publicznej? Pomysł imigracyjnego “wymieszania kultur” jest na rękę ideologom globalizacji. Mają nadzieję na takie samo rozbrojenie silnych kultur niezachodnich, jak to uczynili z chrześcijaństwem w obrębie Zachodu. Silne religie stają na drodze ośrodków władzy, jednak siła propagandy oddziałującej na niskie instynkty człowieka jest bardzo duża i tą właśnie drogą idzie plan globalizacyjnej urawniłowki. O ile w pierwszym pokoleniu imigrantów, kościec starej kultury jest wciąż twardy, o tyle w przypadku drugiego i trzeciego pokolenia łatwo już o jego rozmiękczenie – łatwiej zepchnąć z drogi starych wartości w stronę “używania życia” i hedonistycznej iluzji doczesnego “szczęścia”. Bolszewicy idei globalizmu mają nadzieję na “zdekulturowanie” nowych przybyszów. Nowych w pierwszym pokoleniu wykorzystuje się do pomocy przeciwko chrześcijaństwu, aby wysiodłać je z domniemanej wciąż pozycji dominującego paradygmatu kulturowego.

Czytaj całość »

The Modern Polonian

Over the past several weeks, I’ve begun to write articles for The Polish Weekly that re-examine – and, at times, criticize – practices and perceptions that, in my view, limit our peoples’ ability to succeed in modern American life. I strongly hold these views; but, I share them to initiate inter-Polonian debates about our community’s future.
I therefore write these articles with only the best intentions; and, those who have responded to them – both in support and opposition – undeniably share the same goodwill. I sincerely thank all those who have recently joined the conversation and contributed to its civil but open atmosphere. Our community will not sufficiently advance if we do not support honest introspection and debate – and, I thereby hope that our varied and extensive readership continues to share its views. So, to those who read this – keep the letters coming! This conversation is ultimately for you, and we need your support to make it fruitful.
On June 3, 2009, I published “Misplaced Allegiance”, which criticized those in American Polonia who hold overly nationalistic inclinations toward their Polish heritage; and, on June 17, 2009, I published “The Unbreakable World”, which examined American Polonia’s commitment to internationalism. Both articles argued for greater openness to communities outside our own; and, they aimed to illustrate that deeper integration with domestic and international societies serves our long-term interests. In my view, these articles better reflect Polonia’s current state and circumstances, and the views presented therein prepare us better for the challenges that likely lie ahead. Today, I revisit and re-argue – for one last time – many similar issues; but, I do so from a slightly different perspective. Instead of evaluating Polonia’s relationship with other communities and cultures, I’ll examine its relationship with modern times.
On January 17, 1944, Allied forces in Europe initiated an advance on German defenses to break the so-called Winter Line that defended Rome. These German defenses would eventually be positioned in the bombed-out ruins of an abbey on Monte Cassino; and, the Allies would require no less than four assaults to finally seize control of that strategic point. The final assault began on the evening of May 11, 1944; and, for this attack, Polish forces joined those from the United States, Great Britain, Canada, Free France, and others to set conditions under which the Allies could eventually capture Rome. The Battle of Monte Cassino is indelibly – and correctly – etched into the Polish memory; and, we rightly teach our kids about the Polish effort to earn the Allied victory. We appropriately show them pictures of the War Cemetery that exists there, teach the words to the anthem that recalls the bravery exhibited there, and explain the cultural significance of the red poppies that evoke the sacrifices endured there.
But, here’s an interesting question: how many of us in American Polonia have heard of Lt. Gen. Richard F. Natonski, and how many understand his role in the Battle of Fallujah? Most independent analysts consider the Battle of Fallujah to be the bloodiest assault of the Iraq War. American forces first attempted to pacify Fallujah in April 2004; but, after that assault failed, they returned in November 2004 to seize control of the city. The United States says that those involved in the operation endured the “… heaviest urban combat (that [America] had been involved in) since the Battle of Hue City in Vietnam”; and, in the 46-day assault that ensued, 95 American soldiers and approximately 1,350 insurgents died.
Lt. Gen. Natonski is the second-generation Polish-American that led the operation in Fallujah. His military career began in 1973, when the United States Marine Corps commissioned him as a Second Lieutenant. Before he assumed command of the Second Marine Expeditionary Brigade in June 2002, he led operations in countries like Cambodia, South Vietnam, Cuba, Somalia, and Bosnia; and, in 2003, he led troops in Iraq that fought the Battle of An-Nasiryah and rescued PFC Jessica Lynch. Lt. Gen. Natonski is a shining example of someone from our community who has assumed a position of great importance; and, his success directly affects the safety and prosperity of modern times. If anyone is to trumpet his successful leadership, it should be American Polonia; but somehow, few from our community have even heard of him, and few understand or appreciate the importance of his success.
This article is not about our relationship with the American military or to those who lead it; it is instead about our relationship with modern times. Our community hasn’t heard of Lt. Gen. Natonski not because it disapproves of his efforts, but because it too often links its cultural identity with events that occurred decades and centuries ago. We too often search for heroes during the Cold War, World War II, or previous centuries without recognizing that Polish Americans currently and tirelessly contribute to fix problems in modern times. Many among us have not adequately refocused their attention from events that occurred before the fall of Soviet Communism – and, this hinders our ability to successfully address modern concerns.
Poland has successfully transformed itself into a modern, stable democracy; and recently, it has assumed important responsibilities all around the world. The United States and Poland – and therefore, American Polonia – have interests in modern times that require their focused insight and attention. For instance, the United States and Poland will soon participate in efforts to regain control of Afghanistan; they’ll likely employ joint diplomatic pressure toward disputes with Iran and Russia; and, they’ll likely adopt economic policies to lessen the effects of the ongoing global recession. These are difficult issues; and often, those from within our community – indeed, even those within our own neighborhoods – are intimately involved in the efforts to resolve them. If we spend all our time reliving events that occurred thirty, sixty, or one hundred years ago, we’ll be unprepared to address the issues that affect us now.
It’s not wrong to maintain our understanding and appreciation of Polish history; but, we ought to balance our identification toward the past with a renewed focus toward present issues. We all live in troubled times; and, our people – both in the United States and Poland – deserve appreciation for the work they do to unravel them. We can do much more to honor their effort and sacrifice; and, we can do much more to realign our attention to the issues they regularly confront. So, let’s refocus our attention and realign our identity – as a broader Polonian community – to modern-day issues; and, hope that our American and Polish forebears have taught us enough to resolve them successfully.
The Polish Weekly welcomes opposing viewpoints. To contact Thomas Mikulski, please send an e-mail to thomas.p.mikulski@gmail.com.

Over the past several weeks, I’ve begun to write articles for The Polish Weekly that re-examine – and, at times, criticize – practices and perceptions that, in my view, limit our peoples’ ability to succeed in modern American life. I strongly hold these views; but, I share them to initiate inter-Polonian debates about our community’s future.

I therefore write these articles with only the best intentions; and, those who have responded to them – both in support and opposition – undeniably share the same goodwill. I sincerely thank all those who have recently joined the conversation and contributed to its civil but open atmosphere. Our community will not sufficiently advance if we do not support honest introspection and debate – and, I thereby hope that our varied and extensive readership continues to share its views. So, to those who read this – keep the letters coming! This conversation is ultimately for you, and we need your support to make it fruitful.

Czytaj całość »

W parku Wanda

Organizacje i stowarzyszenia polonijne wykorzystują to miejsce na spotkania ze swoimi członkami, ich rodzinami, przyjaciółmi i gośćmi. Wytworzył się nawet swego rodzaju zwyczaj mierzenia poziomu zaangażowania w polonijne życie społeczne obecnością na pikniku, pojmowanym jako tzw. „poparcie”. I słusznie, bo przecież celem organizowania pikników jest zdobywanie funduszy na działalność organizacji. Ale obok tego jest jeszcze coś…
Nareszcie, po wielu miesiącach, a czasami nawet latach można spotkać znajomych, odnowić kontakty, dokonać swoistego bilansu – ilu nas przybyło, a ilu na próżno wypatrywać… Nie trudno też zauważyć przedstawicieli prasy polonijnej, wypatrujących obiektów do fotografowania, bo co tu ukrywać, im więcej zdjęć w numerze tym lepiej się sprzeda. Przed dwoma tygodniami piknikowe uciechy serwowała parafia św. Floriana w Hamtramck. Było gwarno, wesoło i rekordowo pod względem liczebności. Przewodni temat sprowadzał się do „Dnia Ojca”, ale również dzieci miały zorganizowany czas i miejsce zabaw, tam odbywały się zawody, gry i konkursy. Doświadczenie podpowiada, że dobry piknik nie obejdzie się bez dobrej kuchni. Warto zauważyć, że możemy już mówić o specjalnościach kuchni charakterystycznych dla danego pikniku. Na przykład na „floriańskim” było najwięcej amatorów placków ziemniaczanych z gulaszem (tzw. „po węgiersku”), kolejki ustawiały się po kiełbaski z rożna, świetną kiszkę „od Stana’s”, wyjątkowo dobry bigos, a jeżeli chodzi o deser to prawdziwą furorę robił „jabłecznik sióstr westiarek”. O piwie (beczkowym) wspominać nie będę, bo nie wiem czy było aż tak dobre, że go zabrakło, czy też było aż tak wielu amatorów, że szło jak woda (bardzo ważne – nikomu nie zaszkodziło!). Tydzień później, czyli w ubiegłą niedzielę, gospodarzami pikniku w parku „Wanda” byli „Filareci”. Impreza miała nieco inny charakter, bardziej stonowany. Tej niedzieli, wielu rodziców odwoziło swoje pociechy na wakacyjny turnus do harcerskiej Białowieży i pewnie to było powodem braku rozbieganej dzieciarni, również zapowiadany mecz piłkarski był odwołany, a więc atmosfera sprzyjała wypoczynkowi na świeżym powietrzu, pogawędkom i spotkaniom w gronie bliskich znajomych. Oczywiście, wiele osób wybrało się na piknikowy obiad i nikogo nie trzeba było namawiać, bo polskie dania, w absolutnie najlepszym wydaniu domowych receptur oraz własnoręcznie wykonane, nęciły zapachami. I to właśnie jest cechą „filareckiej” kuchni – smacznie, zdrowo i domowo! Poza tym, loterie, dobra orkiestra, obficie zaopatrzony bar , radość przebywania wśród swoich – czegóż więcej potrzeba? Chyba tylko czasu, aby wysłuchać ludzi, którzy mają tak wiele do opowiedzenia. Zahaczając o historię, przypomnieć należy, że Klub Filaretów w Detroit powstał w 1935 roku, z ideowym hasłem: „Ojczyzna – Nauka – Cnota”, a głównym jego celem było: „szerzenie kultury polskiej w sercach młodzieży amerykańskiej polskiego pochodzenia przy pomocy żywego słowa, sceny teatralnej, pieśni i muzyki”. Zmienił się świat. Te słowa zapisane siedemdziesiąt parę lat temu mogą brzmieć staroświecko, ale tylko dla tych, którzy nie zechcą zatrzymać się nad nimi. A przecież wystarczy wsłuchać się w polską pieśń – i tę patriotyczną i tę liryczną, w przyśpiewkę, w kolędę i tę, w której „najpiękniejsze są polskie kwiaty” i w wiele innych… Każdy szanujący się naród pielęgnuje swoją kulturę. Grono śpiewaków i śpiewaczek pod batutą profesjonalistów, a zarazem entuzjastów polskiej pieśni sprawia, że ona wbrew modom żyje, a nawet rozkwita. „Filareci” – chór męski, żeński i mieszany – należą do najlepszych spośród wszystkich chórów zrzeszonych w Związku Śpiewaków Polskich w Ameryce i są, jak do tej pory, jedyną wyraźną wizytówką kultury polonijnej w Detroit.
Lato w pełni, nadejdą kolejne niedziele i kolejne organizacje zapraszać będą na swoje pikniki. Trzeba się wybrać do parku Wanda, poddać miłej rozrywce, ale też w przerwach zabawy, spojrzeć na odchodzący czas. Tam, widać go bardzo wyraźnie… Złamał się potężny konar wiekowego drzewa, nagle. Nic nie wskazywało, wyglądało tak listnie i świeżo; nie było burzy ani wichury, najzwyklejsze słoneczne popołudnie chłodzone podmuchami wietrzyku. Widziałam i słyszałam; nie był to zwykły trzask łamiącego się drzewa, ale przeciągły pomruk z szeregiem drobnych łamliwych nut, to było niesamowite… Ni stąd ni zowąd, zaczęły mi się przypominać zapamiętane fragmenty z wierszy Edgara Lee Masters’a (amerykański poeta żyjący w latach 1868 – 1950, najbardziej znany w świecie ze zbioru wierszy – epitafiów „Spoon River Antology”), w których zmarli mieszkańcy miasteczka Spoon River opowiadają – każdy własną historię, mówią o utracie marzeń i iluzji, wyjawiają swoje sekrety, rozpamiętują swoją młodość, pasje, miłości, radości, smutki; prowadzą pośmiertne dialogi z bliskimi osobami, a każda z tych opowieści niesie jakieś uniwersalne przesłanie. No, właśnie… Obok wiekowego drzewa, na skrawku cennej ziemi, której losy są wciąż zagadką; przy pomrukach drzewa tracącego kolejną gałąź, zaczyna mnie dręczyć wiersz, którego tytułu nie pamiętam, a wiem, że właśnie o ten mi chodzi. Sama nie wiem, dlaczego akurat ten? Udało się, długo nie szukałam, znalazłam!
Oaks Tutt
Moja matka walczyła o prawa kobiet.
Ojciec był bogatym młynarzem w London Mills.
Rozmyślałem o złu tego świata i chciałem go naprawić.
Kiedy ojciec zmarł, wyruszyłem, aby poznać ludzi i kraje,
Aby nauczyć się, jak zreformować świat.
Przewędrowałem przez wiele krain.
Widziałem ruiny Rzymu.
Ruiny Aten,
Jak i ruiny Teb.
O północy usiadłem w świetle księżyca w nekropolii w Memphis.
To tu objęły mnie skrzydlate płomienie,
A głos z niebios powiedział:
„Niesprawiedliwość, Kłamstwo niszczą ich! Idź!
Głoś Sprawiedliwość! Głoś Prawdę!”
W pośpiechu powróciłem do Spoon River,
Aby pożegnać się z matką, zanim zacznę misję.
Wszyscy zauważyli dziwny blask w moich oczach.
Słowo po słowie, powoli, odkryli,
Co zaszło w moim umyśle.
Wtedy Jonathan Swift Somers wyzwał mnie na dysputę
Na temat (Ja miałem być przeciw)
„Poncjusz Piłat Największym Filozofem Świata”.
I wygrał debatę, na końcu mówiąc:
„Zanim naprawisz świat, panie Tutt,
Proszę, odpowiedz na pytanie Piłata:
Co to jest Prawda?”.

Organizacje i stowarzyszenia polonijne wykorzystują to miejsce na spotkania ze swoimi członkami, ich rodzinami, przyjaciółmi i gośćmi. Wytworzył się nawet swego rodzaju zwyczaj mierzenia poziomu zaangażowania w polonijne życie społeczne obecnością na pikniku, pojmowanym jako tzw. „poparcie”. I słusznie, bo przecież celem organizowania pikników jest zdobywanie funduszy na działalność organizacji. Ale obok tego jest jeszcze coś..

Czytaj całość »

Chicagowskie rekolekcje czyli Lech Wałęsa w Chicago

Na początku zaskoczyła mnie pracująca ze mną Selena dziennikarka i pisarka z Bośni, która podobnie jak ja tu w Ameryce jest nauczycielką w jednej ze szkół w Chicago. Dowiedziała się od swojej siostry Sanji, że idę na uroczystość nadania imienia Lecha Wałęsy jednemu z gmachów Uniwersytetu Northwestern i zapytała, czy mogłabym ją wziąć ze sobą, bo bardzo jej zależy, aby Lecha Wałęsę zobaczyć, uścisnąć mu dłoń i pozdrowić go od wszystkich Bośniaków mieszkających w Chicago. Zabrzmiało to patetycznie, ale wiedząc, że zarówno Selena jak i Sanja przeszły swoją gehennę lądując w Stanach Zjednoczonych jako uchodźcy z Bośni, właściwie nie zdziwiłam się.
Zjawiliśmy się trochę przed czasem, aby znaleźć siedzące miejsce. Rozejrzałam się wokół, a Romek zrobił parę zdjęć. Przeważali studenci i starsza generacja Polaków. W pierwszych rzędach zasiedli pracownicy akademiccy. Za rzędami krzeseł kilka kamer telewizyjnych. Za płotkami oddzielającymi miejsca siedzące i front “chrzczonego” budynku od reszty placu, ustawili się ludzie, którzy nie posiadali zaproszeń. Wśród nich sporo Polaków. Trudno powiedzieć, skąd ci ostatni dowiedzieli się o uroczystości, bo polskie media prawie całkowicie zignorowały fakt przyjazdu Wałęsy do Chicago, tak jak gdyby obawiały się wymawiać to nazwisko w kontekście wydarzenia, bo przecież to jest Bolek, a nie żaden Wałęsa! Oni przecież wiedzą najlepiej. Skąd? Oczywiście, że od ubeków, którzy nie takiemu Wałęsie dali radę. Czy to prawda? Jak to, a prace magisterskie, ba! Nawet oparte na niezbitych dowodach wywleczonych z ubeckich szaf – to co! Tutaj ciśnie się słynne powiedzenie nieodżałowanego księdza Tisznera: “Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: święta prowda, tyz prowda, i gówno prowda.” Święta prawda żadną miarą nie da się zestawić z ideą „mieć coś na kogoś”. To też prawda. Zostaje więc, ta trzecia. Niech sobie Wałęsę witają i goszczą Amerykanie, my na pewno nie! My zostajemy ze swoją trzecią prawdą i Bolkiem! Niech cały świat, a my tam wiemy swoje.
Uroczystość rozpoczęło krótkie wprowadzenie dr Karli Knorowski, wyjaśniające dlaczego Rada Uczelni wybrała właśnie Lecha Wałęsę na patrona budynku. Potem poczty sztandarowe Stanów Zjednoczonych Ameryki i Polski oraz hymny obu krajów odśpiewane przez Camilo Rasquin i Katarzynę Lis.
Teraz nastąpiło powitanie Lecha Wałęsy przez panią Prezydent Uniwersytetu Northeastern, dr Sharon Hahs. W krótkich słowach wyjaśniła, jak bardzo ważny jest fakt, że w budynku jego imienia będą uczyć się studenci z całego świata, dla których Lech Wałęsa powinien być inspiracją do budowania lepszego świata. Jego pasja, odwaga i poświęcenie w walce z komunizmem powinny być wzorem dla pokolenia, które przygotowuje się do działania na rzecz demokracji i pokoju na świecie. Odsłonięcie tablicy poświęconej Lechowi Wałęsie na gmachu budynku uniwersyteckiego zbiega się z 20-tą rocznicą upadku komunizmu w Polsce.
W podobnym duchu przemawiała pani Margaret Laurino, radna okręgu 39-go, a potem  pan Konsul Generalny Rzeczpospolitej Polski w Chicago, Zygmunt Matynia. Znów przemówiła prezydent uniwersytetu dr Sharon Hals, przedstawiając krótko historię Lecha Wałęsy jako autentycznego przywódcy rzeczywistego i ideowego, walczącego z komunizmem w Polsce i na świecie. To od Polski i tego skromnego robotnika Stoczni Gdańskiej wszystko się zaczęło. Potem nastąpiły kolejne etapy stopniowego wyzwalania się innych krajów od sowieckiej okupacji. Ta prawda jest niezaprzeczalna. Za swoją działalność Lech Wałęsa otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, a później został pierwszym demokratycznie wybranym prezydentem Rzeczpospolitej Polski.
Słowa te były bardzo budujące i naprawdę pierwszy raz od dłuższego czasu poczułam się dumna jako Polka; to, co tu zobaczyłam i usłyszałam stało się jakby antidotum na smutek i właściwie wstyd, jaki mnie ogarnia za każdym razem, gdy włączę zarówno, którąś z lokalnych polskich stacji radiowych lub telewizyjnych, czy polskich, odbieranych przez Internet lub satelitę. Nie mogę pozbyć się uczucia, że wszyscy, którzy tam relacjonują lub komentują zdarzenia, mają jakąś masochistyczną satysfakcję z opluwania się wzajemnie,  bez względu na to czemu to ma służyć i co zniszczyć. Tak, mogę z całą pewnością powiedzieć, że uroczystość taka jak ta przywróciła mi wiarę, że ukochany naród kiedyś  ostatecznie pozbędzie się tej zarazy, która została mu wszczepiona, aż stał się – jak określał ksiądz Tiszner – takim homo soveticus, niezdolnym do samodzielnego myślenia i wnioskowania, uzależnionym od fałszywych autorytetów wygrywających swoje cele, przeżuwającym zatruta papkę nienawiści i  niedowiarstwa.
Wreszcie, krótko przemówił bohater uroczystości, podkreślając jak miłą niespodzianką stało się dla niego to wyróżnienie; po 20 latach, które minęły od obalenia komunistycznej władzy w Polsce przypomniano sobie o jego roli w tej walce, tutaj w Ameryce, i zaszczycono go nazwaniem jednego z gmachów uniwersytetu jego imieniem. Mówiąc o samym ruchu, którego był przywódcą, Lech Wałęsa podkreślił znaczenie wyboru Karola Wojtyły na papieża Jana Pawła II w 1979 roku i jego niezwykle inspirującej roli w tym procesie.
Tutaj przypomniała mi się wypowiedź kardynała Stanisława Dziwisz, w książce a później także w filmie „Świadectwo”, który wspomina jak zdecydowane stanowisko zajął Jan Paweł II w sprawie spotkania z Lechem Wałęsą podczas jego pierwszej wizyty w Polsce jako papieża. Kiedy Jaruzelski za wszelką cenę próbował go odwieść od tego zamiaru, Papież zagroził, że jeśli jego prośba o spotkanie nie będzie spełniona, od razu  prosto z lotniska wróci do Rzymu odwołując wizytę. Chciałoby się zapytać, czy jesteście kochane Bolki gotowi na kolejne „dokumenty”, które w ramach tej trzeciej prawdy  potwierdzą, że Święty Ojciec też miał jakiś pseudonim?
I znów refleksja, tym razem z mojej ostatniej bytności w Polsce i spotkania z kolegą ze studiów, jednym z tych złamanych po 68 roku. Po studiach zaczął pracować w miejscu, które zmusiło wiele osób do ostudzenia dość bliskich relacji, w jakich byliśmy w czasie studiów. Zawsze miałam ochotę zapytać go wcześniej, czy można pozostać uczciwym pracując tam, bo nie mogłam tych dwóch rzeczy – uczciwość i ubecja – pogodzić. Wtedy, opowiedział  mi o mechanizmach preparowania tzw. raportów o śledzonych osobach z opozycji. Każda miała kilku „opiekunów”, ale żaden nie wiedział o drugim. Raporty trzeba było pisać systematycznie. Nikt nigdy nie sprawdzał, co jest tam prawdziwe, a co zmyślone. Liczył się raport dostarczony na czas. Wszystkie wędrowały do akt, czekając odpowiedniego momentu, by wywlec je na światło dzienne. Zapytałam – czemu o tym nie powiesz, nie wykrzyczysz tego? – A ty myślisz, że ktoś mi uwierzy? MNIE? Poza tym, musiałbym to udowodnić. Jak? Każdy robił swoją działkę i nie wiedział, co robi drugi. Miałem czytać polskie czasopisma kulturalne wydawane na emigracji i sporządzać z tego raporty. Co i o czym czytałem; czy ktoś to robił oprócz mnie nie mam pojęcia, nawet nie chcę tego wiedzieć. Było, minęło…
Tak – było, ale czy naprawdę minęło? Era raportów w ten sposób tworzonych może i minęła, ale tamte wciąż służą, i jak widać całkiem nieźle. Tylko pytanie: KOMU?
Siedząca obok mnie Selena, wyrwała mnie z zadumy. Uroczystość zakończona. Polski przywódca Solidarności, Laureat Pokojowej Nagrody Nobla i pierwszy demokratycznie wybrany Prezydent Rzeczpospolitej Polski – Lech Wałęsa opuścił zgromadzenie w towarzystwie gospodarzy uroczystości i przedstawicieli rady miejskiej miasta Chicago…
– Wiem, o czym myślisz – powiedziała Selena. W moim kraju dzieje się to samo. Może nie było tak samo jak u was, bo jednak Tito odciął się od Stalina, ale za to teraz Rosjanie starają się mieszać, jak tylko się da, poprzez Serbów, których wspierają. Nie umiemy obronić własnych autorytetów uznanych przez świat i dlatego wciąż czujemy się zagrożeni i niewiarygodni.
Wieczorem piękny koncert w Parku Millenium, poświęcony 20rocznicy obalenia komunizmu. Uświetni go Lech Wałęsa swoją obecnością. Zaproszeni i ci spacerujący po parku Amerykanie przyjdą głównie, aby go zobaczyć i okazać mu szacunek. To postać bardzo poważana tutaj. Słyszę rozmowę dwóch skośnookich studentek czytających program koncertu, wywieszony przed wejściem na ogromny trawnik – widownię  w Parku Milenium. Z trudem przebijają się przez nazwiska polskich artystów.  I – olśnienie… O, Waleza! Solidarity! – wykrzykują z podziwem. Już wiedzą, co to za koncert i decydują się zostać.
Przyszliśmy nieco wcześniej, aby zająć miejsca w którymś z rzędów widowni objętych potężną aluminiową konstrukcją dachu pokrywającego scenę. To na wypadek deszczu. Basia z Leszkiem już są…  – Popatrz na tych z reklamówkami. Są wyraźnie podpici. Jak tu wleźli?  Rzeczywiście, siedzi ich trzech czy czterech. Pyski czerwone, rozbiegane oczka. Trzecia prawda wypisana na gębach… – Przywitamy Bolka – bełkocą.
Widząc znajomą twarz pracownika konsulatu (jeszcze niedawno pracowałam w polskiej szkole przy konsulacie) idę do niego. – Czy widzi pan tych tam? Może by ich wyprosić? Wstyd, jeśli zostaną… – Ochroniarz ich obserwuje. Na razie siedzą, to niech siedzą. Miejmy nadzieję, że nie będą rozrabiać. – Rozumiem, organizatorzy chcą uniknąć zamieszania… A może z Basią przesadzamy; dmuchamy na zimne?
Zaczyna się uroczystość. Jest około pięć tysięcy ludzi. Po uroczystym odśpiewaniu obu hymnów znów witamy Lecha Wałęsę. Owacje i polskie „sto lat” zagłusza pijacki bełkot: Bolek! Bolek!
Oglądam się za siebie. Siedzą, gęby roześmiane i triumfujące. – A co, albo jest Bolek, albo nie!
No i dobrze. Już wiem, że nie będzie się czego obawiać ani wstydzić. Bolki powiedziały co miały do powiedzenia, czyli trzecią prawdę, na którą tu nikt nie zwrócił uwagi. Później, pogwiżdżą jeszcze w czasie każdorazowej owacji, gdy kamera pokaże twarz siedzącego na widowni Lecha Wałęsy na dużym ekranie, ale, ze gwizd na widowni oznacza w Ameryce aplauz (o czym Bolki pewnie nie wiedzą), więc wszystko wypadło bardzo dobrze. Nawet gwizdy posłużyły dobrej sprawie.
Wracam do domu pełna wiary i dumy, ze swojej przynależności narodowej i z tego, że i tym razem – parafrazując stwierdzenie nieocenionego księdza filozofa – udało mi się „wznieść ponad siebie i poczuć gotowość do zaczynania wszystkiego od nowa”.
Mieszkając w Ameryce od 15-tu lat i spotykając różnych ludzi z całego świata zauważyłam, że najłatwiej dogadać się i zrozumieć z tymi, których historia w jakiś sposób zbieżna jest z naszą własną. To jest ten pomost, przez który człowiek uwalnia się od typowej emigranckiej mimikry nasyconej kompleksami, uprzedzeniami i specyficzną klaustrofobią. Lech Wałęsa i ruch, który od niego się zaczął jest właśnie jednym z tych pomostów. I chwała mu za to.
Tekst: Aleksandra Walkowiak

Na początku zaskoczyła mnie pracująca ze mną Selena dziennikarka i pisarka z Bośni, która podobnie jak ja tu w Ameryce jest nauczycielką w jednej ze szkół w Chicago. Dowiedziała się od swojej siostry Sanji, że idę na uroczystość nadania imienia Lecha Wałęsy jednemu z gmachów Uniwersytetu Northwestern i zapytała, czy mogłabym ją wziąć ze sobą, bo bardzo jej zależy, aby Lecha Wałęsę zobaczyć, uścisnąć mu dłoń i pozdrowić go od wszystkich Bośniaków mieszkających w Chicago. Zabrzmiało to patetycznie, ale wiedząc, że zarówno Selena jak i Sanja przeszły swoją gehennę lądując w Stanach Zjednoczonych jako uchodźcy z Bośni, właściwie nie zdziwiłam się.

Czytaj całość »

Późniejsze Wiadomości »