Po 65. latach od zakończenia II wojny światowej niektórzy jej uczestnicy chcą albo definitywnie zapomnieć o mrocznej przeszłości i o swoich bezprecedensowych zbrodniach, albo udowodnić sobie i innym, że straszne czyny popełniały wtedy wszystkie strony światowego konfliktu. Takiej właśnie redefinicji wydarzeń z lat 1939-1945 (a mówiąc wprost – zamiany katów w ofiary) jesteśmy świadkami w trakcie powstawania koncepcji rządowego muzeum wysiedlonych w Berlinie. Doszło do tak wyjątkowej eskalacji złej woli ze strony niemieckich gospodarzy, że z rady naukowej fundacji „Ucieczka, wypędzenie, pojednanie” niedawno odeszli na znak protestu wybitni historycy z Czech i Polski, a bojkot jej prac zapowiedziała Centralna Rada Żydów w Niemczech.
Nie lubimy frajerów. Są pożałowania godni, głupi w swojej naiwności – Statuę Wolności można by im sprzedać. Denerwuje nas ich niereformowalność – tyle razy się już sparzyli, a niczego się nie nauczyli, ciągle ludziom ufają. Zgadzamy się generalnie z hasłem „śmierć frajerom”, czyli „biada naiwnym”. Definicja słownikowa mówi o frajerze tak: „człowiek naiwny, łatwowierny, nieumiejący sobie radzić w potrzebie, dający się łatwo oszukać; nowicjusz, początkujący w jakiejś dziedzinie.”Część pierwsza dotyczy mojego czytania na bieżąco, druga mojego słuchania na bieżąco; jak dla ironii, tuż po odłożeniu książki przemówiło do mnie radio „Polskie Rozmaitości”.
Część I. Charles Bukowski (1920-94) amerykański poeta i prozaik polskiego i niemieckiego pochodzenia, zapewne nie jest zbyt znany przeciętnemu czytelnikowi, ale tym, którzy lubią spędzać czas z książką polecam tego autora, chociaż z pewnym ostrzeżeniem. Charles Bukowski mówi o sobie: „Jest we mnie coś, co nie do końca odpowiada ogólnie przyjętym normom, zasadzie – w zdrowym ciele zdrowy duch. Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne. Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju. Z drugiej strony, kiedy się upijam, krzyczę, wariuję, tracę panowanie nad sobą. Jeden rodzaj zachowania nie pasuje do drugiego. Mniejsza z tym”.
Minął kolejny rok. Po co pytać czy dobry, czy zły… Jeśli nie wydarzyła się tragedia utraty życia czy trwałego kalectwa, to znaczy, że nie był to zły rok, bo reszta jest do odrobienia. Co mnie zafascynowało, co zainspirowało, co obruszyło, czego doświadczyłam? Nie mogę narzekać; jedynie w połowie roku babskie rozróbki pobłogosławione przez pryncypała, zgrzytnęły niby zardzewiały klucz w zamku. Ale co tam, przecież w każdy zawód, w którym człowiek jest w kontakcie z drugim człowiekiem, wpisany jest stres. Całość wydarzenia można skomentować śląskim porzekadłem – „Jak się chce piesia skatować, to keta zawsze pod ręką”. Piękne – co? Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poza szczerym współczuciem dla tych, co wydali wyrok o moim być albo nie być w szkole polonijnej, nie ma we mnie złości. Teraz dokładnie wypełniam życzenie „świętego spokoju”, mając nadzieję, że ta moja pokorna postawa w pełni satysfakcjonuje pryncypała i resztę. A ja, też mam spokój; cóż z tego, że to tylko „święty spokój”… Czytaj całość »
Historyka dr. Janusza Ciska poznałem późną jesienią 2002 roku, kiedy po przyjeździe do rodzinnej Stalowej Woli objął stanowisko wiceprezydenta miasta. Wiedziałem, że wcześniej pracował w rządzie Jerzego Buzka, w departamencie współpracy międzynarodowej Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W czasie naszego pierwszego spotkania dowiedziałem się, że historyk długo mieszkał w Stanach Zjednoczonych i pracował w Instytucie Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Był wicedyrektorem (1988-1992), a następnie dyrektorem (1992-2000) tej wielce zasłużonej placówki badawczej. Pamiętam, że już wtedy umówiliśmy się na rozmowę o Komendancie, Legionach i pierwszych latach odrodzonego państwa polskiego.
Okazją do spotkania stała się 85. rocznica obrony Lwowa przed Ukraińcami. W listopadzie i grudniu 1918 roku miasta bronili członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej, uczniowie i studenci. „To najpiękniejszy przykład patriotyzmu i walki o prawa Polski do tego miasta w tamtym czasie. Nic tak nie działało na wyobraźnię naszych rodaków, jak to, że w obronie Lwowa uczestniczyli prości obywatele, nieletni i, co możemy zobaczyć na zachowanych fotografiach m.in. w słynnym albumie „Semper Fidelis”, dziewczęta i kobiety” – mówił dr hab. Janusz Cisek. Lwów w tamtym czasie był naturalną stolicą Galicji – siedzibą Namiestnika, szeregu jednostek wojskowych, kilku poważnych zakładów naukowych i kuźnią kadr Polski niepodległej. „Stamtąd wyszły pierwsze organizacje, które rozpoczęły ferment niepodległościowy. Miasto miało w świadomości narodowej miejsce bardzo wysokie i jego heroiczna obrona przed żywiołem ukraińskim wzbudziła powszechny szacunek Polaków” – przypomniał historyk.
Podczas długiej rozmowy wróciliśmy do słynnego 10 listopada 1918 r., dnia przyjazdu do Warszawy Józefa Piłsudskiego. Więzień Magdeburga zastał w stolicy kompletny chaos. „Pomimo zmęczenia przyjął dosłownie rzekę delegacji, które – każda w odmienny sposób – argumentowały, że są reprezentacją narodu i właśnie im powinno się przekazać władzę. Wieczorem wraz ze swoimi współpracownikami określił dwie główne sprawy, przed którymi stała Polska. Pierwszą była konieczność szybkiego rozpisania wyborów, które wyłonią Sejm Ustawodawczy. Drugą – pilna potrzeba powołania wojska polskiego. Uwagę skupił na organizacji armii” – mówił Janusz Cisek, obecnie dyrektor Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Główne cele państwowe, które wytyczył Komendant jeszcze przed przyjęciem władzy od Rady Regencyjnej, realizował później z najwyższym oddaniem. W związku z tym historyk przypomniał zasadę, którą kierował się naczelnik państwa: „Ja już nie jestem przedstawicielem partii, jestem przedstawicielem narodu”.
Na marginesie krótkich rozważań o Polsce z okazji rocznicy odzyskania niepodległości w 1918 roku warto zauważyć, że zacytowaną sentencję marszałka Piłsudskiego winniśmy zadedykować naszej elicie politycznej, która z trudem rozdziela dzisiaj to co partyjne, od tego co wspólne i państwowe…
PIOTR NIEMIEC
On Thursday, October 1, 2009, the People’s Republic of China celebrated its 60th anniversary of existence with vibrant fireworks, powerful speeches, and lock-stepped parades. Its cities were filled with throngs of genuinely cheerful citizens; and, its leadership swelled with pride. Leaders from across the world congratulated the People’s Republic for its participation and influence in international affairs; and, they applauded the Chinese people’s recent but remarkable accomplishments: among them, that China’s economy has grown approximately 10% each year across the past three decades, and that – with a GDP of approximately $7.8T – it is the world’s second-largest economic system; that China’s military appropriated an estimated $60.3B last year to upgrade its 2.3M-member People’s Liberation Army (PLA) – the largest such army in the world; that the percentage of China’s population in higher education rose from 1.4% in 1978 to 20% last year, and that its population of undergraduates and doctoral candidates increased five-fold in the past decade – which represents one of the greatest expansions of educational opportunity in modern times; and, that Chinese leadership and influence have recently afforded hope and prosperity to far flung corners of the globe, particularly in Africa and South America. China’s efforts have fueled an incredible sense of optimism among its citizens; and, the Chinese Government has directed its citizens’ efforts toward important national aspirations. China, it seems, has begun its ascent to preeminence in international affairs; and, the increasingly apparent prospects of a Far Eastern power shift have undeniably jittered Western psychologies.
Janusz Wróbel – W sieci
Oto historia Roberta, jego mamy i Anny, dziewczyny, z którą Robert wspólnie wynajmował mieszkanie. Robert zaprosił mamę na kolację. W czasie posiłku mama nie mogła się oprzeć wielokrotnie powracającej do niej myśli o tym, jak piękną dziewczyną jest współmieszkanka syna. Mama od dawna podejrzewała, że Robert ma romans z Anną, a teraz, gdy ją poznała, jej ciekawość jeszcze bardziej wzrosła. Obserwując ich podczas kolacji, mama zastanawiała się, co też łączy jej syna z piękną współlokatorką. Robert, czytając w jej myślach, pospieszył z wyjaśnieniem: „wiem, o czym myślisz, mamo, ale zapewniam cię, że Anna i ja jesteśmy tylko współlokatorami.”
Cały artykuł do przeczytania w najnowszym numerze Tygodnika Polskiego »