Z nowym wikarym w parafii Matki Bożej Częstochowskiej, z ks. Sergiuszem Angurem SChr, rozmawia Alicja Karlic

– Jest Ksiądz nowym wikarym, proszę powiedzieć czytelnikom Tygodnika Polskiego coś o sobie.

Drodzy Czytelnicy! To prawdopodobnie mój najbardziej obszerny wywiad na łamach gazety, jakiego kiedykolwiek udzieliłem. Z drugiej strony, aż tak wiele ich nie miałem! Więc dziękuję za tę możliwość. Mam nadzieję, że będzie ciekawie i zarazem ciut przybliżę Wam moją sylwetkę.
Urodziłem się na Białorusi. Iwie – nieduże miasto powiatowe na Grodzieńszczyźnie – tam przyszedłem na świat w 1983 r. Jestem polskiego pochodzenia: mój dziadek – ojciec mojego taty – urodził się w Warszawie. Moja edukacja przebiegała standardowo: przedszkole, szkoła podstawowa i liceum. W 2000 r. wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej w Poznaniu. W 2008 r. otrzymałem święcenia kapłańskie. Pierwsze trzy lata posługiwałem w Polsce (dwa lata w Szczecinie i rok w Goleniowie). W latach 2011–2014 pracowałem na Białorusi w Giaranionach, w miejscowości przy samej granicy z Litwą (notabene niedaleko mojego rodzinnego miasta). W sierpniu 2014 r. wylądowałem w USA i rozpocząłem pracę duszpasterską w Lombard, Illinois. Od 1 lipca 2017 r. jestem wikariuszem w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Sterling Heights, Michigan.

– Czy powołanie do kapłaństwa łatwo było księdzu rozpoznać? Skąd wiedział ksiądz o chrystusowcach w Poznaniu? Dlaczego zgromadzenie chrystusowców?

Posłużę się słowami o. Herberta Alphonso: „Najprostszy wniosek, jaki się nasuwa, to ten, że nie jestem dla Boga jednym z wielu w tłumie, nie jestem dla Niego numerem pewnej serii, kartką z katalogu, lecz kimś niepowtarzalnie jedynym, ponieważ Bóg zwraca się do mnie po imieniu”. Chyba każdy powołany do kapłaństwa pragnie to odkryć, zrozumieć i doświadczyć.
W mojej historii powołania nie było fajerwerków ani głośnych nawróceń. Jako młody człowiek dorastałem w ‘przestrzeni’ kościelnej. W rodzinnej parafii angażowałem się najbardziej. Katecheza odbywała się przy kościele, a nie w szkole. W dodatku byłem ministrantem, śpiewałem i grałem w zespole młodzieżowym. Brałem udział w wyjazdach młodzieży, półkoloniach. W wieku 13–14 lat zacząłem się zastanawiać o przyszłej drodze życiowej. Jestem wdzięczny księżom, którzy pracowali w mojej parafii, za to, że na spotkaniach czy wspólnych rozmowach byli otwarci na takich młodych ludzi jak ja. To wszystko miało miejsce w połowie lat 90–tych, czyli niedługo po upadku Związku Radzieckiego. Dla mnie i mojego pokolenia ta rzeczywistość była odkrywaniem świata dotąd nieznanego. A co to zrodziło? Fascynację… fascynację Bogiem i Kościołem, taką trochę wyidealizowaną, ale szczerą.
Chrystusowcy pracowali w mojej parafii krótko (koniec lat dziewięćdziesiątych XX w.), ale w pewnym sensie owocnie: przez seminarium chrystusowców ‘przewinęło’ się dziesięciu, wyświęconych zostało czterech księży.
Dlaczego akurat to zgromadzenie? W tym roku minęło 17 lat, czyli połowa mojego życia, jak jestem we wspólnocie chrystusowców. W 2000 r. rozpocząłem nowicjat w Mórkowie, koło Leszna (woj. wielkopolskie). W moim przypadku był to dwuletni okres (zwykle trwa rok) rozpoczynający życie we wspólnocie zakonnej. Nowicjat ma na celu dokładniejsze rozpoznanie powołania, a także doświadczenie sposobu życia zgromadzenia. I tam właśnie zaczynałem rozumieć, że chodzi też o mnie, o Sergiusza, wezwanego po imieniu, wezwanego do posługi wśród Polaków rozproszonych po całym świece.

– Co ksiądz napisał na obrazku prymicyjnym? Czy może ksiądz zacytować?

Tak, jak najbardziej. Jest to fragment z Pierwszego Listu św. Pawła Apostoła do Tymoteusza: „Dzięki składam Temu, który mię przyoblekł mocą, Chrystusowi Jezusowi, naszemu Panu, że uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi” (1 Tm 1,12).

– Dlaczego wybrał ksiądz właśnie ten cytat z Biblii?

Podobnie jak autor tego listu – św. Paweł – zaufałem Bogu mimo swojej ludzkiej niedoskonałości, by przy Jego pomocy i w miarę swoich możliwości być godnym tego wezwania. Wiem dobrze, że nic mi się nie należy, bo wszystko otrzymuję od Boga. Dlatego nie traktuję kapłaństwa jako mojej własności, jako tego, co jest zarezerwowane tylko i wyłącznie dla mnie. Moje posługiwanie jest – powinno być – darem dla innych. Więcej, kapłaństwo chrystusowe jest darem Boga dla kościoła i darem kościoła dla świata. Ośmielę się nawet powiedzieć, że nie zasługuję na nie! Ale skoro Bóg „uznał mnie za godnego”, dlatego ufam i wierzę, że dokonał właściwego wyboru!

– Czy na Białorusi są polskie szkoły? Chodzi mi o nauczanie języka polskiego. Pytam, ponieważ bardzo dobrze mówi ksiądz po polsku.

Szkoły z polskim językiem nauczania działają w Grodnie i Wołkowysku (woj. grodzieńskie). Na Białorusi działają organizacje polonijne. Lekcje języka polskiego organizują też niektóre parafie. Polski jako język liturgiczny (np. Msza św., nabożeństwa) jest językiem – tak to nazwijmy – wiodącym w diecezji grodzieńskiej, ze względu na kontekst historyczny i kulturowy. Teraz trochę się zmieniło, ale nieznacznie. W pozostałych trzech diecezjach (mińsko–mohylewskiej, pińskiej i witebskiej) tę rolę spełnia język białoruski. Moja parafia św. Apostołów Piotra i Pawła w Iwiu należy do diecezji grodzieńskiej.
W domu nie mówiliśmy po polsku, tylko po rosyjsku i białorusku, ale „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo” uczyłem się z oryginału. Uczęszczałem na katechezę przy parafii, gdzie uczyliśmy się przeważnie po polsku. Do sakramentów świętych (Eucharystii, pokuty i pojednania, bierzmowania) przygotowywałem się w języku polskim. Wszystkiego nie rozumiałem, ale najgłośniej śpiewałem na mojej uroczystości Pierwszej Komunii „Wszystko Tobie oddać pragnę”. Parafia organizowała wyjazdy do Polski, w których też brałem udział. Taka była moja początkowa przygoda z językiem polskim.
Natomiast ‘konkretnie’ uczyć się języka zacząłem dopiero w nowicjacie. Jeżeli chodzi o obcokrajowców, oprócz kandydatów z Białorusi byli ze mną też z Brazylii, Kazachstanu i Ukrainy. Dla nas, chłopaków spoza Polski, był to również czas poznawania wszystkiego, co jest związane z polskością. Regularne zajęcia z polonistką, środowisko polskojęzyczne – to wszystko ułatwiało szybkie ‘chwytanie’ języka. W seminarium, kiedy przeszliśmy na uniwersytecki poziom nauczania, obcokrajowcy byli traktowani na równi ze wszystkimi, ulg nie było żadnych. To wymagało więcej pracy osobistej, by nie być ani językowym, ani intelektualnym autsajderem. Człowiek zwyczajnie chciał dorównać kolegom i postępować w nauce. Myślę, ta sztuka mi się udała.

– Czy każda zmiana parafii jest trudnym doświadczeniem?

Odpowiem na to pytanie z mojego osobistego doświadczenia. Polska, Białoruś, USA – tym szlakiem podążam od wielu lat. Opuszczając rodzime strony 17 lat temu, już doświadczyłem, co to znaczy być z dala od domu i rodziny. Najpierw nowicjat chrystusowców, potem seminarium – to wszystko kształciło i pomagało odkrywać nową rzeczywistość i przestrzeń, w której musisz się odnajdywać. Pokochałem Polskę jako moją drugą Ojczyznę. Tutaj uczyłem się być Polakiem, rozumieć, że ja też należę do tego narodu, jestem jego częścią. I wcale nie musiałem na to zasłużyć, wystarczyło pokochać i uznać za swoje. Z drugiej strony, nie wyparłem się Białorusi, jest ona i pozostanie moją pierwszą Ojczyzną. Tam dorastałem, poznawałem piękno świata, język, historię, literaturę, sztukę, to, jak być dobrym człowiekiem – z tym się nie rodzimy, tego się uczymy i konkretyzujemy swoją postawą. Tak, czuję się i Polakiem, i Białorusinem zarazem. Mam dwie Ojczyzny!
Zadacie pytanie: a co z USA? To dopiero odkrycie! No tak – powiecie – ale każdy, kto tutaj przyjeżdża, odkrywa Amerykę… na swój sposób. Przyjeżdżając do Stanów, czułem się trochę jak Kolumb, który stawia pierwsze kroki na ziemi nieznanej, po trosze ci obcej. I zrozumiałem, że w tym wszystkim chodzi o coś więcej: mój dom jest tam, gdzie jest moje serce. A gdzie jest moje serce? Tam, gdzie obecnie żyję, służę, uczę się kochać drugiego człowieka, gdzie Bóg mnie prowadzi i jasno mówi: „Ty tylko mi zaufaj!”. Czasami jest to ogromnie trudne, człowiek nieraz jest słaby i popełnia błędy. Ale ciągle zdobywamy doświadczenie, by iść dalej i nie ustawać w drodze.
Chrystusowiec jest w ciągłym ruchu, taki boży wędrownik. Jako zgromadzenie, które ma w kościele konkretną misję do spełnienia, posługujemy Polakom na całym świecie. Jesteśmy współtowarzyszami naszych braci i sióstr, razem z nimi na emigracji znosimy „ciężar dnia i spiekotę”. Jestem dumny, że jestem chrystusowcem – za co dziękuję Bogu i zgromadzeniu. Sterling Heights jest moją piątą parafią i drugą w USA.

– Jakie są księdza zainteresowania, pasje, co lubi ksiądz robić w wolnym czasie?

Niektórzy dowcipkują, że księża nic nie robią. Oczywiście jest to nieprawda, bo pracy wszędzie jest pod dostatkiem, trzeba jedynie chcieć i tobie musi zależeć. Natomiast, żeby nie próżnować, znajduję też czas na hobby i zainteresowania. Najkrócej powiem tak: sport, muzyka, filmy. Kocham piłkę nożną, oglądam mecze, ale też systematycznie uprawiam ten sport: jestem najczęściej na pozycji pomocnika lub w ataku. Gram też w siatkówkę, tenis stołowy, jeżdżę na nartach. Ciekawią mnie hokej i koszykówka. Wiem, że w Detroit działa wiele klubów sportowych, z których najbardziej znane są Detroit Pistons i Red Wings. W najbliższej przyszłości może się uda pójść na ich mecze. Uwielbiam muzykę, wszędzie mi towarzyszy. Jestem też trochę muzykalny: gram na gitarze. W seminarium byłem członkiem kleryckiego zespołu muzycznego „Gaudeamus”. Nie stronię od kina. Aczkolwiek koneserem nie jestem, ale oglądać lubię i odrobinę się znam na filmach.

– Wracając do duszpasterstwa, kto ze świętych jest inspiracją, ale też orędownikiem w księdza pracy?

Św. Antoni Padewski. Nie dlatego, że ciągle coś gubię (ów święty pomaga przecież w odnajdywaniu zagubionych rzeczy), choć czasami mi się i to przytrafia. Każdego wtorku w mojej rodzinnej parafii przeżywaliśmy nabożeństwo do św. Antoniego. Przy jego obrazie rodziło się pytanie, które zapewne też słyszał św. Antoni: „Lord, what do You want me to do?”. Pewnie, że nie wybrzmiało ono po angielsku! Choć o ile wiem, Bóg też rozumie i mówi po angielsku. To pytanie „co mam czynić, Panie?” ciągle stawiam w wielu momentach mojego życia. Cieszę się, że w Sterling Heights jest czczony ten święty z Padwy.
Św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein) – nawrócona Żydówka, filozof, karmelitanka, patronka Europy, męczenniczka, zagazowana w sierpniu 1942 r. w Oświęcimiu. Napisała kiedyś takie słowa, które towarzyszą mi przez moje życie kapłańskie: „[…] gdy się patrzy od strony Boga, nie dostrzega się przypadków. Całe moje życie, aż do najdrobniejszych szczegółów zostało nakreślone przez Bożą Opatrzność”. Wierzę, że nieprzypadkowo znalazłem się również w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Sterling Heights.
Dziękuję Pani Redaktor i Czytelnikom za uwagę.

Dziękuję za rozmowę i życzę Księdzu Bożego błogosławieństwa i obfitości łask na każdy dzień pracy i posługi w polskiej parafii w Sterling Heights. Niech Matka Boska Częstochowska otacza Cię swoją opieką, a Duch Święty umacnia i prowadzi.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *