Niezapomniani

Halina Massalska

Lista gwiazd, które odeszły w 2017 roku, wydłużyła się o kolejne nazwisko. Smutna wiadomość. 29 września zmarł Wiesław Michnikowski, miał 95 lat. Był aktorem teatralnym i filmowym, takim, którego się nie zapomina. Obdarzony niebywałym poczuciem humoru, był wykonawcą słynnych przebojów Kabaretu Starszych Panów, kabaretu „Dudek”, jego kreacje są nie do powtórzenia, wystarczy przypomnieć „Wesołe jest życie staruszka”, „Addio pomidory”, „Jeżeli kochać”…
Michnikowski przede wszystkim był aktorem teatralnym, ale zagrał też w około 50 filmach, do jego najbardziej znanych ról zalicza się postać Jej Ekscelencji w „Seksmisji” (1983) w reżyserii Juliusza Machulskiego.
Zbieg okoliczności – żegnając wykonawcę piosenek i dialogów Kabaretu Starszych Panów, przypomina się data 16 października 1958 roku, kiedy to Kabaret wystartował w programie I TVP, równe 60 lat temu.
Przedstawienia nadawane były na żywo, reżyserowali je: Jeremi Przybora – autor piosenek i scenariusza oraz Jerzy Wasowski, który komponował muzykę. Piosenki i dialogi skrzyły się wyrafinowanym żartem, pogodną elegancją, żywą polszczyzną. Twórcy bawili się językiem i formą, „szlifowali gusty Polaków zepsute socrealistyczną szarzyzną”.
W programach kabaretu występowali m.in.: Irena Kwiatkowska, Barbara Krafftówna, Kalina Jędrusik, Aleksandra Śląska, Krystyna Sienkiewicz, Zofia Kucówna, Wiesław Gołas, Mieczysław Czechowicz, Wiesław Michnikowski, Edward Dziewoński, Tadeusz Olsza, Czesław Roszkowski, Bohdan Łazuka, Jarema Stępowski, Zdzisław Leśniak i Bronisław Pawlik.

Wisława Szymborska pisała kiedyś: „… Umarłych wieczność dotąd trwa,
dokąd pamięcią się im płaci” – ale zważmy też na ciąg dalszy: „Chwiejna waluta. Nie ma dnia by ktoś wieczności swej nie tracił…”

Będąc przy „wspominkach”, a może też w powiązaniu z miesiącem październikiem dedykowanym polskiemu dziedzictwu w Ameryce, chcę zwrócić uwagę na postać Janusza Głowackiego, zmarłego kilka tygodni temu – polskiego prozaika, dramaturga, scenarzystę, felietonistę i eseistę, autora znanych na całym świecie sztuk teatralnych, scenariuszy filmowych i książek. Dzielił swoje życie między Warszawę, a Nowy Jork.
Do 1981, publikował felietony w warszawskiej „Kulturze”. Na kilka dni przed ogłoszeniem stanu wojennego, wyjechał na premierę swojej sztuki „Kopciuch” w Royal Court Theatre w Londynie, zdobywając laury. Po 13 grudnia 1981, Głowacki zdecydował się pozostać za granicą.
O jego amerykańskich losach zdecydował właśnie „Kopciuch” – sztuka o manipulacji, mówiąc ogólnie. Wystawiona w 1984 r., przez Johna Maddena w zespole Josepha Pappa, z Christopherem Walkenem, okazała się sukcesem.
– „To była sprawa życia i śmierci. Jakby to była klapa, już bym się nie podniósł” – zwierzał się w jednym z wywiadów.
W Stanach Zjednoczonych, Głowacki rozwinął swoją twórczość dramatopisarską. Utworem, który zwrócił uwagę amerykańskich środowisk teatralnych była sztuka „Polowanie na karaluchy” (1986), ale chyba największym sukcesem okazała się „Antygona w Nowym Jorku” (1992). Dramat z dużym powodzeniem wystawiany był w teatrach w USA; był nawet zalecaną lekturą w college’ach i na uniwersytetach. Autor opowiada o wyborach życiowych grupy kloszardów i ludzi z marginesu, mieszkających w jednym z nowojorskich parków. „Antygona w Nowym Jorku” zyskała sukces na skalę światową, przetłumaczona została na ponad 20 języków. W samej Ameryce wystawiało ją ponad 50 teatrów.
W Nowym Jorku reżyserował ją sławny Arthur Penn i grała oscarowa gwiazda Dianne Wiest.
Janusz Głowacki spełnił marzenie wielu polskich twórców o realnym przebiciu się w amerykańskim świecie artystycznym.Wykładał na Columbia University, Bennington College, był wizytującym dramaturgiem w New York Public Theater, Mark Tapper Forum w Los Angeles i Atlantic Center for the Arts na Florydzie.
Wiele esejów i felietonów pisarza ukazało się na łamach „New York Times” i „The New York Times Magazine”. Jego twórczość była tłumaczona na różne języki (na angielski, chiński, czeski, estoński, francuski, hiszpański, koreański, niemiecki, rosyjski, serbski, słowacki, węgierski).
Swoje życie barwnie opowiedział w książce „Z głowy”, która ukazała się w 2004 r. Są to krótkie anegdoty, zwarte epizody, z ogromnym poczuciem humoru, ale i bezlitosnym dystansem – do siebie i innych. Dziesiątki historyjek z rodzinnego PRL-u i Nowego Jorku, w którym mieszkał przez wiele lat. Lektura, od której trudno się oderwać. Czytanie tego pisarza to ogromna przyjemność, a trzeba dodać, że był również człowiekiem filmu, autorem świetnych scenariuszy.
– „To nie tylko wielki dramaturg, któremu udało się przełamać polską drugorzędność i wyjść na scenę amerykańską, ale też człowiek, który towarzyszył wielkim zmianom w tym kraju, komentował je z ironią, ale i optymizmem” – wspominał Jan Englert.
Próbę opracowania biografii słynnego felietonisty, powieściopisarza i dramaturga podjęła
Elżbieta Baniewicz, w książce: „Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego”.

A to już inny temat, taka mieszanka starego z tym, co tu i teraz. Na Kongresie Polsko-Amerykańskiego Stowarzyszenia Historycznego w Filadelfii, w roku 1963, poświęconemu 100-leciu Prasy Polskiej w Ameryce dyskutowano m.in.o pracy redaktorów pism niezależnych, którzy w odróżnieniu od organów prasowych organizacji (jak np. „Dziennik Związkowy”), muszą walczyć o swoją egzystencję.
„ Dla reealizacji swych idei i marzeń, ci apostołowie prasy polskiej w Ameryce zdolni byli do największych wyrzeczeń. A misja ich rzeczywiście tych wyrzeczeń wymagała, w zamian mało co im dając” (z referatu E.Różańskiego).
Niewiele się zmieniło. Utrzymanie niezależnego pisma na dobrym poziomie wymaga nieprawdopodobnego wysiłku ze strony redaktora i wydawcy (często w jednej osobie). Można zapytać – wobec tego, po co to robią?
Myślę, że trzyma ich idea, obowiązek przekazania potomnym historii społeczności, którą łączy tożsamość kulturowa.
Nie trzeba daleko szukać, wstarczy odnieść się do Tygodnika Polskiego; wprost trudno uwierzyć, że przy tak szczupłych finansowych możliwościach można zadrukować strony pięknymi kolorowymi zdjęciami z najprzeróżniejszych imprez, spotkań, wydarzeń polonijnych, opisami, artykułami z różnych dziedzin, wywiadami, wiadomościami… Ze strony dziennikarskiej, ktoś musi obsłużyć imprezę, zdać pisemną relację, wykonać zdjęcia, dokonać obróbki redakcyjnej, przygotować gazetę do druku, dopilnować subskrypcji, dowieźć gazetę do punktu sprzedaży, a to przecież nie wszystko. Oczywiście, tym czynnościom towarzyszy również troska o zdobycie funduszy na wydanie numeru…
Wydawnictwo może egzystować tylko z pomocą reklam i ogłoszeń oraz sponsorów, to oni są gwarantem tego, że społeczność polonijna ma swoje pismo.
Wszyscy jesteśmy bohaterami i autorami tego – co tu, i teraz; od naszych potrzeb intelektualnych zależy utrzymanie i tworzenie własnej kultury (to takie przypomnienie z okazji Miesiąca Dziedzictwa Polskiego).

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *