ROZEJM BOŻONARODZENIOWY Andrzej Chodacki

Andrzej Chodacki

Który z nich zapoczątkował to wydarzenie?
Kto pierwszy przezwyciężył niepewność i wyszedł z okopu naprzeciw karabinom maszynowym milczącym złowrogo 50 metrów dalej?
Dość, że taki człowiek tam się znalazł. Czy był to Niemiec, czy Brytyjczyk? To nie istotne. Stało się coś, czego nikt dotąd nie widział. O czym nikt nigdy nie słyszał.
Żołnierze trzech wrogich narodów powołani przez władze, by pozabijać się nawzajem, podali sobie ręce w wigilijną noc. Połączyło ich Słowo, kolęda niesiona w przejrzystym, grudniowym powietrzu nad okopami pełnymi zawszonych ludzi i wszechobecnego błota.
Przez ten krótki czas, kilka dni znów mogli być ludźmi. Potem przyszli ich dowódcy i rozkazali, by natychmiast wznowili mordowanie tych, którym dzień wcześniej składali świąteczne życzenia.
Na tym małym skrawku ziemi pod belgijską miejscowością Ypres człowiek porwany zbawienną myślą na chwilę przeciwstawił się siłom zła.
Niestety. Kara, jaką za to poniósł mogła być tylko jedna.

CZĘŚĆ PIERWSZA – ZASADY

Chłopiec o imieniu Helmut urodził się w 1896 roku w zamożnej rodzinie bawarskiego właściciela ziemskiego Schwarzera. W roku tym Guglielmo Marconi przeprowadził pierwszą publiczną próbę radia a niemiecki chirurg Ludwig Rehn przeprowadził pierwsza udaną operację serca. Mały Schwarzer został ochrzczony w kościele słynącym cudami w miejscowości Wies. Od najmłodszych lat słyszał pouczenia ojca o tym, że trzeba kochać Boga i ludzi oraz, że nie można nikogo krzywdzić. Ta opinia ojca pozostawała w zgodzie z podobnym przeświadczeniem Helmuta, płynącym gdzieś z wnętrza jego dziecięcego serca. Kiedy chłopiec w wieku siedmiu lat uderzył kolegę z podwórka kamieniem, zebrał srogie lanie od rodziciela, i to jeszcze bardziej utwierdziło go w przekonaniu, że nie można zadawać innym cierpień.
Rozpoczęcie nowego wieku świętowano w Niemczech hucznie. Ludzie bawili się, obdarowywali swoich bliskich i przyjaciół podarunkami. Nikt nie spodziewał się wtedy, że szatan podnosi oślizły łeb i spogląda chciwie na Europę. Pokrzykiwania o mocarstwowości wielkich Niemiec i o spuściźnie Cesarstwa Rzymskiego umknęły małemu Helmutowi wśród zabaw i gier typowych dla dziecięcego wieku. Jednak los już wtedy przeznaczył mu rolę w swoim koszmarnym spektaklu. W grudniu 1914 roku młody, osiemnastoletni Helmut znalazł się w okopie niedaleko belgijskiej miejscowości Ypres.

CZĘŚĆ DRUGA – ŚWIATŁO

James Campbell trwał na stanowisku bojowym, spoglądając zmęczonym wzrokiem na linie niemieckich okopów. Tam, 50 jardów od poszarpanych szrapnerami zasieków z drutu kolczastego celowali w jego kierunku wrogowie, Niemcy. Palec wskazujący, który przytrzasnął sobie spustem dwa dni temu, rwał go teraz niemiłosiernie. Chłód grudniowego wieczoru lizał jego zdrętwiałe, nadwerężone trudami frontowej jesieni nogi. Dziś ściemniło się szybko, i w krótkim czasie jasny księżyc zalał równinę swym srebrnym światłem.
On nie wyglądał jednak nocy jak błogosławionego czasu, naznaczonego obietnicą odprężenia. Tu, w okopie czas biegł inaczej. Bez przerwy napięty, jak cięciwa łuku. Podszyty bezustannym lękiem, że natarcie może zacząć się w każdej chwili. Planów na jutro nie było. Dzisiejsza noc nagle może się rozświetlić błyskami eksplozji i jutra zwyczajnie nie będzie. „Jutro” zostanie wciągnięte w wojnę i wysadzone w powietrze.
Kilka dni temu ktoś mówił o wigilii. On, stary wiarus, uśmiechnął się tylko gorzko. Wojenna wigilia była zaprzeczeniem wszystkiego, co pamiętał. A pamiętał boleśnie tak wiele. Ciepło rodzinnego domu. Tą wyjątkową serdeczność, gdy nawet odwieczny konflikt wuja Johna z ojcem przygasał na moment tak, że mogli podać sobie drżące ręce. Matka patrzyła wtedy, obcierając dyskretnie łzy w kącikach oczu, a dzieci czekały na rozpakowanie prezentów, zupełnie nie zainteresowane wnoszonymi na stół smakołykami.
Światła. Były tak piękne wtedy, choć na zewnątrz domu często padał zimny deszcz. One ogrzewały wszystko, całą Harley Street, i każdego pojedynczego człowieka z osobna. Radość udzielała się wszystkim, zdradzana przez dyskretne uśmiechy, uściski dłoni czy zbliżenia policzków.
Światła! Campbell przetarł oczy ze zdumieniem. Po drugiej stronie frontu na zwałach ziemi kryjących niemieckie okopy, pojawiły się światła. Doświadczenie wojenne podpowiadało mu, że Niemcy coś knują. Ścisnął mocniej kolbę karabinu i rozejrzał się po okopie. Zastanawiał się chwilę, czy już meldować kapitanowi o niepokojącym zdarzeniu, gdy nagle usłyszał jakąś znaną melodię płynącą z przedpola. Właściwie początkowo nie przypisał jej jakiegoś znaczenia. Spojrzał na zegarek. Dziewiętnasta piętnaście. Pieśń brzmiała coraz głośniej. Niesłychanie piękna pieśń, mimo, że po niemiecku. Koledzy, jak w transie, zaczęli schodzić się z dwóch stron okopu, wyciągając głowy ponad ziemnym wałem.
– Cicha noc? – Ktoś wyszeptał z boku, jakby niedowierzając, że można usłyszeć kolędę w takim miejscu i okolicznościach. Jasno świecący księżyc zasiał tysiące skrzących się gwiazdek na świeżym dywanie śnieżnym, który pokrył przestrzeń pomiędzy okopami wrogich sobie wojsk. Biały całun legł na gęsto usianej zwłokami równinie, kryjąc ciała zabitych żołnierzy obu stron konfliktu.
– Nie do wiary? – Dziwił się znów ktoś inny. Zwłaszcza, że przecież trupy poległych kolegów, haniebne zaprzeczenie świątecznej radości, czerniały na polu bitwy, jak ropiejące wrzody na delikatnej tkance sumienia. Mimo to większość fizylierów już siedziała na ziemnych wałach, wpatrzona w rozświetlone niemieckie umocnienia.
– Co się dzieje? – Do uszu Campbella dotarł zaniepokojony głos kapitana.
– Niemcy śpiewają kolędy – Odparł machinalnie James, rozkładając ręce, jakby chciał oznajmić, że nic z tego nie rozumie.
– Jak to kolędy? – Kapitan stanął na wale i usłyszał, że część jego żołnierzy pochwyciło melodię i nuci „ Cichą noc”. Chwilę zamieszania wywołał obraz niemieckich żołnierzy wychodzących z okopów z choinkami obsypanymi zapalonymi lampkami. Ktoś podniósł karabin do twarzy, ktoś inny nakazującym gestem skierował jego lufę w ziemię. Z lewej odezwały się dudy, podejmując świąteczną pieśń. Pojedynczy brytyjscy żołnierze zaczęli śpiewać. Teraz Niemcy, widząc, że przeciwnicy podjęli inicjatywę, śpiewali jeszcze głośniej, a kolejni dudziarze dołączali z przepięknym akompaniamentem.
Francuzi z okopu po prawej stronie brytyjskiego korpusu przypatrywali się tej scenie zupełnie zdezorientowani. I wtedy, po dłuższej chwili, w czasie której nawet starym wiarusom łzy zakręciły się w oczach, pieśń nagle zgasła. Księżyc świecił jak wcześniej, ludzie stali na wałach, patrzyli na siebie ponad równiną usianą zwłokami Brytyjczyków, Francuzów i Niemców. Zdrętwiali ponad rozkazami, by nie opuszczać okopów, ponad podziałami na „Hunów” i „dzikusów”.
Pomiędzy niemieckimi żołnierzami pojawił się oficer.
– Witajcie! – Krzyknął po angielsku, wyciągając do góry prawą rękę.
Jeszcze chwilę trwała cisza, gdy nasz kapitan ryknął do dudziarzy:
– The first Nowell!
Dudy podjęły melodię przez chwilę niepewnie, jakby się rozgrzewając, trwały na jednym tonie. Wtedy kapitan zaczął śpiewać. Jego głos podniósł się odważnie i gdy uderzał w górne „ the angel did say”, podjęli pieśń także walijscy fizylierzy i Szkoci. Nie było może w tych głosach tyle mocy, co po niemieckiej stronie, ale przecież niektórych wzruszenie tak chwytało za gardło, że nie byli w stanie wydusić z siebie kilku znanych od dziecka słów.
Dławiło także Jamesa Campbella. Bo tak daleko od ojczyzny i domu. Bo tylu poległych w niedawnym, nieudanym ataku na niemieckie pozycje. Bo coś mówiło mu w środku, że cała ta wojna, całe zabijanie jest z gruntu złe i nie powinien w tym uczestniczyć. Wmawiano im, że Niemcy to „barbarzyńcy”, „Hunowie”, a tu słychać wyraźnie, jak śpiewają kolędy. Teraz, gdy oni śpiewali po angielsku, zerwały się huraganowe oklaski z okopu niemieckiego. Żołnierze niepewnie wyszli na przedpole. To wszystko działo się tak nagle, że dopiero po chwili dostrzegł zbliżających się w stronę środka równiny dwóch żołnierzy, którzy nieśli rozświetlone lampionami choinki i śpiewali kolejną kolędę. Kapitan Cleveland, niewiele myśląc poprawił furażerkę i ruszył w ich kierunku. Dało się zauważyć, że trzyma rękę w okolicy pistoletu przy pasie. Gdy spotkali się na środku „ziemi niczyjej”, oddali sobie honory i widać było w jasnym świetle księżyca, jak rozmawiają. Od prawej ktoś kroczył energicznie w ich kierunku. To francuski oficer dołączył i zasalutował swoim wrogom Niemcom i brytyjskiemu sojusznikowi.
Wszyscy trwali w napięciu, bo sytuacja była zgoła nienormalna. Nikt nigdy nie słyszał o tym, aby w czasie działań wojennych doszło na polu bitwy do takiego spotkania. Kapitan Cleveland zasalutował, odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w kierunku brytyjskich umocnień. To samo zrobili jego rozmówcy, rozchodząc się na powrót do swoich okopów. Gdy brytyjski oficer dotarł do wałów, krzyknął do adiutanta:
– Cornwall! Dawaj tu szkocką, negocjuję rozejm ma święta!
– Yes, sir! – W głosie młodego żołnierza słychać było radosne niedowierzanie. Wskoczył szybko do okopu.
– Rozejm! Mój Boże, może nareszcie chwila spokoju – myślał chłopak, biegnąc wzdłuż ziemnych ścian do oficerskiego schronu. Już za moment dopadł do nóg kapitana z butelką starej whisky, mało się przy tym nie wywracając z przejęcia. Oficer znał się na rocznikach. Podniósł butelkę do księżycowego światła i pokiwał głową, jakby chciał pochwalić żołnierza. Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył na środek równiny. Z dwóch innych kierunków do tego samego miejsca zmierzali oficerowie niemiecki i francuski.

CZĘŚC TRZECIA – MISJA

Helmut Schwarzer szedł powoli Harley Street, obserwując kamienice po prawej stronie. Nic tu się nie zmieniło od 1910 roku, gdy pracował kilka przecznic dalej. Miasto wyglądało znów radośnie. Rzędy trzypiętrowych kamienic o takiej samej, brudnożółtej elewacji pochylały się nad nim, jakby z niedowierzaniem, co tu robi ten człowiek, w centrum brytyjskiej potęgi, w samym sercu niezwyciężonego narodu?
Gdy dotarło do niego, że nie pamięta numeru, wyciągnął z kieszeni mocno pobrudzony, wymięty notes. Obok przejechał na rowerze gazeciarz, dwie małe dziewczynki prawie wpadły na niego, gdy wybiegały ze zdobionych łukiem drzwi kamienicy. Idąca za nimi guwernantka spojrzała przepraszająco. Uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć:
– To tylko dzieci – ale nie odezwał się, by nie wzbudzać podejrzeń. Brytyjczycy są bardzo wyczuleni na punkcie akcentu.
Minął jeszcze dwie identyczne, ozdobione prawie takimi samymi oknami kamienice i stanął przed koleją z nich.
– Tu musi być Harley Street 93 – pomyślał i zbliżył się do wejściowych drzwi. Delikatnie zastukał w harmonijnie wkomponowane w drewno na wysokości oczu, ozdobne półkole ze szkła. Po odczekaniu minuty stwierdził, że może nie został usłyszany i już wyciągał rękę, by zastukać raz jeszcze, gdy drzwi otworzyły się, a ze środka wyjrzała młoda dziewczyna.
– Tak? – Obrzuciła przybysza uważnym spojrzeniem.
– Ja do doktora Campbella – Helmut starał się, by akcent wybrzmiał jak najpłynniej, uśmiechał się przy tym szczerze.
– Doktor dziś nie przyjmuje – odparła szybko panienka. Dało się zauważyć, że uśmiech Helmuta przypadł jej do gustu. Wiadomo, całe pokolenie młodych mężczyzn zginęło na wojnie.
– Ale ja w sprawie jego syna, Jamesa – spróbował jeszcze mężczyzna, ściszając tajemniczo głos. Drzwi na chwilę zamknęły się, po czym otwarły jeszcze raz na cała szerokość.
– To pan przysłał telegram? Proszę, doktor oczekuje pana.
Dziewczyna odebrała płaszcz i kapelusz od Helmuta i wskazała mu kierunek, eskortując go aż do pięknie zdobionych drzwi salonu. Na chwilę zniknęła za tymi drzwiami, dając mu znak, by poczekał, po czym wpuściła młodzieńca do wykwintnie umeblowanego, obszernego pokoju. Wiktoriański, tradycyjny styl rozlewał się bogato po wnętrzu. Ciemnopomarańczowy kolor ścian i dywanów studził zmysły od wejścia. W pięknie zdobionym w drewnie kominku ogień lizał drewno ciemnoczerwonymi językami, jakby nie chciał wyłamywać się z akceptowalnego w tym miejscu klimatu. Starszy mężczyzna dźwignął się z trudem zza ogromnego, dębowego biurka w kolorze nieodzownie ciemnoczerwonym.
– A więc przywozi pan wieści o moim zmarłym synu, panie… – Starzec zawahał się taktownie, podając Helmutowi rękę.
– Tak, w istocie, bardzo ważne informacje – młodzieniec uścisnął dłoń gospodarza, a widząc na jego twarzy zakłopotanie, szybko ciągnął dalej – pański syn James zobowiązał mnie do przyjazdu i przekazania pewnych informacji, których nie zdołał przesłać z linii frontu.
– Dobrze się znaliście? – Staruszek wskazał na fotel za kawowym stolikiem w kolorze mahoniu. Młodzieniec zapadł się w przepychu zielonkawych zdobień.
W drzwiach pojawiła się pokojówka z tacą, na której niosła dzbanek i dwie filiżanki. Wszystko oczywiście ze ślicznej, delikatnej porcelany. James wspominał, że ma zamożną rodzinę. Rozlewając herbatę, dziewczyna subtelnie uśmiechała się do Helmuta, ten odwzajemnił uśmiech.
„Natura silniej ciągnie, niż siedem koni” * – pomyślał.
– Właściwie poznaliśmy się pod Ypres dwudziestego czwartego grudnia tysiąc dziewięćset czternastego – odparł, delektując się wyborną herbatą.
Jakiś cień padł na twarz starego człowieka. Dziewczyna upuściła łyżeczki, które zadźwięczały o tacę i upadły na podłogę. Przepraszając wybiegła z salonu.
– Pański syn był wspaniałym człowiekiem i choć początkowo się nie lubiliśmy – tu Helmut przerwał, zastanawiając się chwilę, czy nie zabrzmiało to dziwnie – to po Bożym Narodzeniu staliśmy się sobie bardzo bliscy. Pan wie, wojna tworzy pewne przyjaźnie na całe życie.
– Szkoda, że jego życia było tak krótkie – zasępił się staruszek i przetarł okulary.
– Tam, pod Ypres, pański syn dał mi ten list – tu Helmut podał gospodarzowi mocno pobrudzoną kopertę – proszę mi wybaczyć, list wiele przeszedł wraz ze mną na froncie. Ale także zobowiązał mnie – młodzieniec podjął wypowiedź po chwili, szanując ten moment, gdy doktor ze łzami w oczach przesuwał palcami po poplamionej kopercie – abym tu przyjechał i przekazał panu ustnie to, czego James w liście nie napisał.
– Służył pan z nim w jednym oddziale? – Zapytał cicho staruszek, odsuwając filiżankę.

* niemieckie przysłowie
– Niezupełnie – zawahał się Helmut – ale mogę powiedzieć, że pana syn był jednym z najodważniejszych ludzi, jakich spotkałem. Na własnych plecach wyniósł z pola walki dwóch rannych towarzyszy, sam widziałem. Potem opowiadał mi o panu, zawsze w najcieplejszych słowach, o mamie, o siostrze Janet i przyjaciołach z ulicy. Mówił mi także o Annie.
– Anna – przerwał mu doktor i zadumał się chwilę nad tym imieniem – ale właściwie skąd pan pochodzi, z południa?
– Ja pracowałem w tym mieście przed wojną, panie doktorze, choć nigdy nie byłem pana gościem.
– Ma pan dziwny akcent? – Staruszek zaczął robić się podejrzliwy.
– Moja matka była Niemką – Helmut próbował grać na czas, najważniejszego jeszcze nie powiedział.
– Nie dosłyszałem pana nazwiska? – Drążył doktor, jakby nagle wyostrzyły mu się zmysły.
Znów chwila przerwy, trudno, karty na stół.
– Schwarzer, nazywam się Helmut Schwarzer, przez wigilią pod Ypres byłem wrogiem pana syna, po wigilii stałem się jego przyjacielem.
Starzec podniósł się powoli zza kawowego stolika. Helmut wstał także.
– Proszę stąd natychmiast wyjść! – Doktor wysyczał, wskazując drżącym palcem na drzwi salonu.
Młodzieniec chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko westchnął ciężko. Właściwie nie mógł się spodziewać niczego innego. Wypełnił przyrzeczenie, dostarczył list. I tak nie zdołałby pewnie wytłumaczyć tego, co stało się w okopach.
– Wszystko napisał w liście – wskazał palcem na stół i skierował się w stronę drzwi. Wychodząc usłyszał za plecami płacz staruszka.
– Niech Bóg pomoże panu to wszystko zrozumieć, może być pan dumny z syna -odwrócił się na chwilę.
Do salonu wpadła pokojówka, obrzucając Helmuta gniewnym spojrzeniem.
– Proszę zająć się starszym panem, trafię do wyjścia – młodzieniec już tęsknił za tym uśmiechem.
Doktor odegnał dziewczynę, jak muchę i zaczął zmagać się z kopertą. Wreszcie rozdarł ją i ciągle szlochając, spojrzał na papier. Charakter pisma syna poznał od razu. List był datowany 26.12.1914 rok Ypres:
Mój kochany ojcze. Jest druga w nocy i większość chłopaków śpi już w swoich jamach wydrążonych w ścianach okopów. Ja nie mógłbym zasnąć, dopóki nie napisałbym do Ciebie tego listu. Chcę Ci opisać niezwykłe wydarzenia, w których brałem udział w czasie dzisiejszej (a właściwie wczorajszej już) Wigilii. Wiem, że to, co napiszę, wyda Ci się bajką i być może będziesz powątpiewać w prawdziwość moich słów, ale absolutnie nie będę miał Ci tego za złe. Bo ja sam wciąż zadaję sobie pytanie, czy coś podobnego mogło wydarzyć się naprawdę. Więc wyobraź sobie, że kiedy Ty i cała nasza rodzina śpiewaliście kolędy, siedząc przed kominkiem w naszym londyńskim domu, ja robiłem to samo, tyle że w towarzystwie moich wrogów z pola bitwy! …
Rzucił list na stół i spojrzał na portret syna wiszący na ścianie. Znów podniósł je do oczu, przewrócił kartkę i zaczął czytać na nowo:

…Ale jeszcze teraz zastanawiam się, ile kłamstw jest w naszych gazetach. Pamiętasz, jak pisali, że Niemcy to dzicy barbarzyńcy? A to stek głupot! To ludzie z domami, rodzinami, nadziejami, obawami, zasadami. Tacy sami jak my. Dlaczego więc każe się nam myśleć o nich jak o dzikusach? Później pośpiewaliśmy wspólnie przy ognisku, a tuż przed udaniem się na spoczynek umówiliśmy się na jutro na wspólny mecz piłki nożnej…

Wypuścił kartki z ręki i objął twarz dłońmi. Teraz wydawał się jeszcze starszy i słabszy.
Tymczasem Helmut szedł już chodnikiem w stronę dworca Kig`s Cross. Brytyjska ulica przywitała go terkotliwym gwarem i wielokolorowym ruchem. W tej gromadzie ludzi nikt nie myślał o tym, by zabić drugiego. Miasto podnosiło sponiewierane ciało z wojennej zawieruchy.
A demon? Przyczaił się na jakiś czas zadowolony z 15 milionów pochłoniętych ofiar. Zwracał teraz powoli łeb na wschód, gdzie Rosja w wyniku wywołanej wojną ekonomicznej katastrofy, stawała właśnie po stronie rewolucji.
Tu ofiar będzie dziesięć razy więcej.

CZĘŚĆ CZWARTA – RAPORT

Bezpośrednio po tym bezprecedensowym wydarzeniu wyżsi dowódcy wojskowi „zadbali”, aby zniknęli wszyscy świadkowie „ rozejmu bożonarodzeniowego”. Najprostszym rozwiązaniem, zresztą branym pod uwagę, byłoby rozstrzelać wszystkich za zdradę stanu. Okazało się jednak, że może to być około 100 tysięcy ludzi. Poniechano więc rozstrzeliwań, za to skierowano ich w rejony walk, gdzie szansa na przeżycie była minimalna.
Francuzi zostali skierowani pod Verdun, gdzie 21.02.1916 roku niemiecka artyleria wystrzeliła na nich około miliona pocisków. Obrońcy Verdun zostali praktycznie zmasakrowani. Łącznie w trakcie 10 miesięcy straszliwych zmagań zginęło tam 160 tysięcy francuskich żołnierzy, a 240 tysięcy zostało rannych.
Niemcy za nieposłuszeństwo i bratanie się z wrogiem zostali skierowani przeciwko ofensywie rosyjskiej na wschodzie. Zginęło tam 350 tysięcy żołnierzy niemieckich i 750 tysięcy żołnierzy austriackich.
Z Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego (BEF) pozostały niedobitki. Na 70 tysięcy żołnierzy na początku wojny zginęło 55 tysięcy, co oznacza, że na 10 żołnierzy, 8 zostało zabitych.

Autor Andrzej Chodacki

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *