Trochę o życiu i kulturze

Halina Massalska

Bezchmurne niebo, ptaki skąpane w słońcu meldują gotowość do wiosennych romansów, tu i ówdzie przebijają się zieleniutkie piórka traw… Czy to aby nie przedwczesna radość? Do wiosny – astronomicznej – jeszcze 4 tygodnie, a kiedy przyjdzie prawdziwa?
W pogodzie nic „na pewno” nie da się przewidzieć, podobnie jest w życiu.
Sięgnęłam po książkę sprzed dziesięciu lat. „Trochę zostawić Bogu” – wywiad – rzeka; z ks. Wacławem Oszajcą SJ rozmawia Jarosław Makowski (wyd. Znak, Kraków 2004). Rozmowa niby o prawdach wiary a staje się pasjonującą opowieścią o byciu księdzem i zakonnikiem, ale także o tym jak żyć. Bardzo pożyteczna lektura, polecam.
W polityce krajowej wśród najważniejszych tematów – prezydencka kampania wyborcza.
Pierwsze partyjne konwencje – PiS oraz SLD – kolorowe, krzykliwe, prawdziwe show, iście w stylu amerykańskim, nawet kandydatom na urząd prezydenta pomyliły się konstytucje. Nic to, przecież nikt nie oczekiwał od nich znajomości konstytucyjnych uprawnień prezydenta Polski, najważniejsze były hasła i obietnice, a te były!
Czeka nas trzy miesięczny festiwal różnych pomysłów na najszczęśliwszy kraj, z równoczesnym obrzydzaniem politycznych konkurentów. Jakoś trzeba to przeżyć, może nawet będzie wesoło. Byle chwila rozwagi przyszła w porę. Przecież będziemy wybierać prezydenta Polski – kraju, w którym żyjemy my, nasze dzieci i wnuki, i w którym pragniemy spokoju i pokoju.
To normalne, że ludzie różnią się poglądami politycznymi, gospodarczymi, ekonomicznymi czy kulturalnymi. Byłoby dziwne, aby wszyscy byli jednomyślni w każdej sprawie (to się nawet jakoś nazywa). Kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy poszukiwanie prawdy jest obciążone rozmaitymi pobocznymi interesami: politycznymi, personalnymi czy kulturowymi, a przekonywanie do swoich racji polega na tym, aby „nawsadzać” oponentowi ile się da, im bardziej się go deprecjonuje, tym lepiej. Kompletnie zacierają się granice między krytyką a agresją. Może lepiej nie rozwijać tego tematu, porozmawiajmy więc o kulturze.
29 stycznia 2015 roku w Metropolitan Opera (Met) zadebiutował polski reżyser Mariusz Treliński. Jest pierwszym – nigdy przed nim żaden polski reżyser nie wystawiał na tej scenie. To także pierwsza wspólna produkcja nowojorskiej Met i Teatru Wielkiego-Opery Narodowej w Warszawie. Amerykańska premiera „Jolanty/Zamku Sinobrodego”zapowiadana była w Nowym Jorku jako jedno z wydarzeń sezonu.
Spektakl będący połączeniem dwóch oper jednoaktowych – „Jolanty” Piotra Czajkowskiego i „Zamku Sinobrodego” Beli Bartóka, przykuwał uwagę zarówno niezwykłym połączeniem dwóch zupełnie innych światów muzycznych, jak i efektami filmowymi, świetlnymi, dźwiękowymi. Na koniec spektaklu widzowie w wypełnionej po brzegi sali pożegnali wykonawców owacją na stojąco (operę można obejrzeć w Met jeszcze w lutym, ostatnie przedstawienie 25go).
Dyrektor Metropolitan Opera Peter Gelb bardzo dobrze ocenił każdy aspekt produkcji, w tym reżyserię i obsadę. A to – jak zauważa znakomity polski tenor Piotr Beczała obecny na deskach Met. od ośmiu lat – może utorować drogę do pokazania tu opery polskiej (dotychczas wystawiono tam tylko “Manru” Paderewskiego w roku 1902).
Nowojorski spektakl „Jolanty/Zamku Sinobrodego” był bardzo udanym debiutem na scenie Metropolitan Opery nie tylko dla reżysera Trelińskiego i współpracującego z nim scenografa Borisa Kudliczki, ale także dla pozostałych współtwórców – choreografa Tomasza Wygody, odpowiedzialnego za kostiumy Marka Adamskiego i Bartka Maciasa, który opracował projekcję wideo.
Orkiestrą Met dyrygował Rosjanin Walerij Giergijew. Partie tytułowej Jolanty śpiewała jego rodaczka Anna Netrebko, a w rycerza Vaudemonta wcielił się Piotr Beczała. W „Zamku Sinobrodego” jako Judyta wystąpiła Niemka Nadja Michael.
Dyptyk znalazł się w gronie dziesięciu przedstawień transmitowanych w tym sezonie do ponad dwóch tysięcy kin, teatrów, sal koncertowych i widowiskowych na całym świecie (w tym w wielu polskich miastach, m.in. w Kielcach) – w ramach projektu “Live in HD”. To oznacza, że kilkaset tysięcy miłośników opery, 14 lutego mogło obejrzeć transmisję „Jolanty/Zamku Sinobrodego” i poznać nazwisko polskiego reżysera Mariusza Trelińskiego.

W odniesieniu do historii, można mówić o pewnym zbiegu okoliczności, bo właśnie 14 lutego w 1902 roku, na scenie Metropolitan Opera w Nowym Jorku odbyła się amerykańska premiera „Manru” (śpiewana w języku angielskim do przekładu H. E. Krehbiel’a). W roli tytułowej debiutował Aleksander Bandrowski, dyrygował Walter Damrosch, przyjaciel kompozytora.
„Manru” jest jedyną operą Ignacego Jana Paderewskiego. Libretto: Alfreda Nossiga, na podstawie powieści „Chata za wsią” Józefa Ignacego Kraszewskiego.
Początkowo opera miała gorące przyjęcie, ale jak mówią żródła, zachwyty gasły głównie z powodu wielkich niedostatków libretta, krytykowanego równolegle z pochwałami dla talentu kompozytora i jego muzyki. Otrzymała zaledwie 9 przedstawień sezonu (1901/1902), z tego cztery na głównej scenie Met i nigdy odtąd nie była tam wznowiona. Pozostaje do dziś jedyną polską operą, która kiedykolwiek została w Metropolitan Opera wystawiona.
A wracając do aktualnych wydarzeń – jeśli ktoś chciałby więcej dowiedzieć się o sukcesie Trelińskiego w Metropolitan Operze, o spektaklu, zobaczyć zdjęcia, i w ogóle rozejrzeć się co dzieje się w polskiej kulturze, jak postrzegani są nasi twórcy na świecie wystarczy otworzyć internetową stronę: culture.pl
Ostrzegam, może to być szokujące dla tych, którym Polska wciąż „zgliszczami” stoi, bo coraz więcej dowodów na uznanie naszych artystów w Polsce i poza granicami.
No, cóż jak się samemu nie korzysta z tych dóbr, to może warto sięgnąć po informacje z różnych źródeł i wypośrodkować swój punkt widzenia.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *