Trochę o języku i o nas

Halina Massalska

Przy okazji spotkań prywatnych czy bardziej oficjalnych, często ktoś zagadnie – a co tam nowego w detroickich kręgach (w domyśle – polonijnych)? Staję wówczas przed dylematem, podtrzymać temat czy sprytnie się wywinąć… Na ogół dpowiadam – mnie tam już nie ma od czterech lat, a z tego co wiem – po staremu.
Dalej to już takie rozmyślanie na własny użytek… Są dwie polonijne gazety – tygodnik „Czas Polski” oraz dwutygodnik – z zachowanym tytułem dla tradycji wydawniczej „Tygodnik Polski” (magazyn, prezentujący również materiały multimedialne); jest też sobotni program radiowy „Polskie Rozmaitości”, internetowy serwis „poloniadetroit” (czy jak ktoś woli videoblog) – budzący szczególny dreszczyk emocji występem przed kamerą oraz „forum detroit” – najbardziej otwarte miejsce prezentowania poglądów i wymiany opinii.
W zależności od potrzeb intelektualnych i upodobań każdy może sięgnąć po wybrany produkt medialny, a więc sympatie rozkładają się różnie, czemu nie należy się dziwić, bo przecież potrzeby i gusta są różne. Nie wiem czy te uwagi mają jakikolwiek sens w odniesieniu do młodej Polonii, bo oni w żaden sposób nie nawiązują kontaktu z polonijnymi mediami, gazet nie czytają (no, może przeglądają strony ze zdjęciami), dobrowolnie nie garną się do programów (nie licząc występów zaplanowanych przez „starszyznę”), języka polskiego uczą się na życzenie rodziców i do pewnego wieku (w większości po to, aby podczas wakacji w Polsce porozumieć się z dziadkami czy pradziadkami). Właściwie trudno się dziwić z takiego stanu rzeczy, bo zwykle trud łatwiej pokonać mając na widoku przyjemność, albo korzyść.
Zanim młode pokolenie o polskich korzeniach (nie tak znów odległych…) przestanie całkowicie czytać po polsku, bo nie musi, bo cały świat zapisany jest już po angielsku, to może chociaż zachwyci się choćby jednym wierszem, jednym zdaniem pięknie i poprawnie brzmiącym po polsku i zachowa go w sercu.
Kiedy rosyjski był przymusowy i nikt nie miał ochoty by się go uczyć, w mojej szkole była nauczycielka (nazywała się pani Głowacz), która jak na owe czasy była absolutnie wyjątkiem. Wymagała od nas tylko tego, byśmy słuchali… Czytała nam bajki i wiersze rosyjskich poetów, robiła to wspaniale. Zaczęliśmy ją naśladować; wkrótce, oprócz głupawych tekstów z podręcznika, czytaliśmy wybrane przez nią fragmenty nawet z Oniegina, a pani mówiła – nie patrz do słownika, słuchaj jak śpiewa to słowo…
Zostało mi to do dzisiaj, dlatego tak bardzo drażnią mnie ludzie występujący z mikrofonem, którzy nie słyszą własnej mowy, albo którzy piszą ogromnie mądrze i po polsku, ale konstruują zdania tak, że nie sposób ich zrozumieć.
Nie chodzi o to, aby krytykować, ale uświadomić sobie i innym, że właśnie na obczyźnie polski język musi być szczególnie pielęgnowany, zwłaszcza kiedy mamy ambicje występować w roli nauczyciela tego języka.
W Dzienniku Związkowym z dnia 16 listopada można przeczytać o warsztatach językowych dla dziennikarzy na co dzień pracujących w polonijnych mediach w Chicago, gorąco też polecam rozmowę Grzegorza Dziedzica z panią sekretarz Rady Języka Polskiego Katarzyną Kłosińską: o polonijnym dyktandzie i mitach dotyczących poziomu trudności języka polskiego, o pożytkach z ortografii i ewolucji polszczyzny, a także dlaczego dekarz jest lepszy od roofera…
Tu, chciałabym wyrazić podziw dla naszej redaktor naczelnej Alicji Karlic, która wykazuje szczególną dbałość o to, aby materiały publikowane na łamach Tygodnika Polskiego cechowała poprawność językowa. Nie jest to proste zadanie ponieważ redakcja nie zatrudnia etatowych dziennikarzy ani korektorów, a jak można zauważyć gazeta drukuje wiele autorskich tekstów (nie przedruków!), co stawia szczególne wymagania. Podkreślam to z tego względu, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak trudno jest robić dobrą gazetę w warunkach ogromnych ograniczeń finansowych… A przecież jakość towaru świadczy o poszanowniu odbiorcy, o czym przekonuje nas każdy kolejny numer Tygodnika Polskiego.
To takie podziękowanie przed Świętem Dziękczynienia – dla twórców tej gazety , czytelników, sponsorów i życzliwych ludzi.

Odrębnym tematem, chociaż nie tak znów odległym jakby się mogło wydawać, jest świętowanie – domowe, kościelne, państwowe, rocznicowe; świętowanie w szerokim pojęciu tego słowa. Nie trudno zauważyć, że w tej dziedzinie zarysowują się coraz głębsze różnice między społeczeństwem polskim a polonijnym. Ale o tym w następnym numerze.
jez polski

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *