O filmie “The Rite”

Właściwie miałem napisać o tym, że jestem wstrząśnięty (ale i ucieszony) wynikami najnowszych badań socjologicznych, o których czytałem w „Time”, jednak pomiędzy tamtym wstrząśnięciem a przysiadem do komputera pojawiło się jeszcze jedno wstrząśnięcie, i to wydaje mi się pilniejsze, więc będzie poprzestawiane. Socjologia nie ucieknie, przez kilka tygodni prawdopodobnie niewiele się zmieni, natomiast… film z kin uciec może…

A właśnie o filmie rzecz będzie. Że „The Rite” Mikaela Håfströma jest wstrząsający – to mało powiedziane. Jest porażający na swój sposób, nie na sposób hollywoodzki, mało tam fajerwerków, suspensu Hitchcocka, mało strachów, choć jest o opętaniu. Jest jednak też o dramacie zmagania się z niewiarą kapłana, którego przygotowywano do pełnienia posługi egzorcysty. O istnieniu złego ducha i o rozpięciu między niewiarą a wiarą, rozdarciu, które przebiega przez sam środek ludzkiego serca. O tym, jak niebezpieczne jest zmaganie się ze Złym, jak łatwo znajduje do człowieka dojście. Jest także o nawróceniu…

Już zrobiło się trochę hałasu o tej produkcji, dlatego zdziwiła mnie czyjaś tam niska ocena: 6,2 na 10 możliwych punktów. Jednak po obejrzeniu filmu wyobraziłem sobie gromady nastolatków czekających z wiadrami popcornu na ociekający krwią ekran i wręcz poczułem w powietrzu ich niezadowolenie – tego widz nie otrzyma. Dostanie natomiast jeden z najrzetelniej ukazanych obrazów wycinka działalności Kościoła, jakim jest działalność egzorcystów. Zdziwiony widz katolicki dostanie nawet sam Kościół ukazany uczciwie, bez jakiegoś krzywego zwierciadła czy złośliwego humoru. Po prostu zbeletryzowana opowieść, oparta na autentycznych faktach (przepraszam, że na marginesie ośmielę się obronić „fakty autentyczne”, bo mogą też istnieć na przykład „fakty medialne” i te mają swoją siłę rażenia większą jeszcze niż autentyczne), która daje przyjemność oglądania, trochę dreszczyku i kilka podskoków na fotelu, ale przede wszystkim przypomina o świecie duchowym, który nas otacza, choć go czasem nie dostrzegamy. Na dodatek – jako fachowiec z branży, że tak powiem – naprawdę nie miałem nawet cienia myśli, że coś jest zakłamane, że coś nie tak, że ktoś coś mi wciska. Czułem się jak w świecie prawdziwym, nie jak w filmie.

A jak jeszcze dodam, że jedną z głównych ról gra niezrównany Anthony Hopkins, to kogo będę musiał przekonywać do wybrania się do kina? Trzeba się pospieszyć, zanim film z nich ucieknie…

Sławek Murawka, SChr

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *