W dwóch częściach

Część pierwsza dotyczy mojego czytania na bieżąco, druga mojego słuchania na bieżąco; jak dla ironii, tuż po odłożeniu książki przemówiło do mnie radio „Polskie Rozmaitości”.

Część I. Charles Bukowski (1920-94) amerykański poeta i prozaik polskiego i niemieckiego pochodzenia, zapewne nie jest zbyt znany przeciętnemu czytelnikowi, ale tym, którzy lubią spędzać czas z książką polecam tego autora, chociaż z pewnym ostrzeżeniem. Charles Bukowski mówi o sobie: „Jest we mnie coś, co nie do końca odpowiada ogólnie przyjętym normom, zasadzie – w zdrowym ciele zdrowy duch. Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię pić, jestem leniwy, nie mam boga, polityki, idei ani zasad. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący, to zbyt trudne. Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju. Z drugiej strony, kiedy się upijam, krzyczę, wariuję, tracę panowanie nad sobą. Jeden rodzaj zachowania nie pasuje do drugiego. Mniejsza z tym”.


Twórczość Bukowskiego inspirowana była jego własnymi doświadczeniami, związanymi z seksem, alkoholem, biedą, niedolą pisarza i słabościami każdego człowieka. Pomimo wulgarnego języka i prostego stylu, jego twórczość ujmuje wrażliwością i głębokim zrozumieniem ludzkiej natury. „Życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalasz mu być”, w innym miejscu napisze: „Życie ludzi nie różni się aż tak bardzo – chociaż jesteśmy skłonni wierzyć w swoją niepowtarzalność”.

W latach sześćdziesiątych Bukowski publikował w alternatywnym kalifornijskim czasopiśmie, które rozpoczynało swoją karierę w pokoju hotelowym, by w efekcie stać się postrachem grubych ryb, największych szych: „maszerujących po ulicach miasta jak rewolwerowcy w kiepskim westernie”. Bukowski miał tam stałą rubrykę – „Zwierzenia…”. Pisał o bieżących wydarzeniach politycznych i sportowych, aktualnych zjawiskach społecznych, wydarzeniach artystycznych, omawiał swoją twórczość, literaturę – współczesną i nie tylko. Snuł refleksje, posługując się przy tym dość często ostrym językiem. Jest kpiący i krytyczny, ale i potrafi dostrzec, a także docenić, niekwestionowane wartości. Dla wytrawnego czytelnika, książka Charlesa Łukowskiego nosząca tytuł: „Zwierzenia starego świntucha” może stać się okazją do bliższego poznania autora, bowiem jest to pisanie bardzo osobiste. Operuje przy tym ostrym i dosadnym językiem, co wywołuje u czytelnika głębokie poruszenie opisywanymi sprawami. Jest to spojrzenie na Kalifornię lat 60. Bukowski widzi wszystkie złe strony kalifornijskiego świata; widzi i nie waha się o nich pisać. Nie krytykuje wprost tego, co mu się nie podoba, to pozostawia już czytelnikowi. W bardzo osobistych refleksjach dotyka mało znanych lub mało widocznych zjawisk, przedstawia własną wizję literatury, opowiada o sobie. Ale podkreślam, jest to książka dla czytelnika wyrobionego, oczytanego, potrafiącego odczytać aluzje, których tam bardzo wiele, co wcale nie znaczy, że Bukowski unika pisania wprost; operuje jednym i drugim. Jest również bardzo wyrazistym poetą. Wiele jego wierszy można znaleźć na portalach internetowych zarówno po angielsku jak i w polskim przekładzie.

Na grobie Bukowskiego widnieje epitafium: „Don’t try” („Nie próbuj”). Jego żona Linda Lee Bukowski twierdzi, że ma to oznaczać: „Jeżeli spędzasz cały czas próbując, wtedy wszystko co robisz to tylko próbowanie. Więc nie próbuj. Po prostu rób”. W polskim tłumaczeniu słowa te brzmią: „Jeżeli już o coś zabiegasz, idź na całego; w przeciwnym razie nawet nie zaczynaj”.

Część II. Audycja sobotnia radia „Polskie Rozmaitości”. W części sponsorowanej przez PAC FCU wystąpili w duecie redaktor Jerzy Różalski i pani Anita Dul. Już miałam wyłączyć to, ale wysłuchałam do końca. Od tych cyferek, terminów bankowych itp. zaczęło mi się kręcić w głowie, ale komentarze obojga rozmówców, dotyczące ludzi, którzy mają zastrzeżenia do działalności instytucji polonijnej i wcale nie prywatnej, postawiły mnie w stan absolutnej uwagi. Trudno byłoby mi uwierzyć w relacje osób postronnych, że wytrawny dziennikarz radiowy, profesjonalista, może aż tak się zapomnieć. Samo to świadczy, o jakimś grubszym interesie stron. Pan Jurek rozpoczął bajkę o złych ludziach, którzy chcą wejść do rady dyrektorów, wypisujących jakieś okropności w Internecie, a wszystko sprowadzał do bananowej skórki, podczas gdy poważna pani z ekipy kierowniczej porównywała coś do jabłek i całych bananów. Powoływano się też na artykuł opublikowany gdzieś… A gdzie? – to można zobaczyć na wizji, bowiem debata została utrwalona przez tzw. telewizjedetroit. Ta okropna gazeta, czyli Tygodnik Polski, który jak się po raz kolejny okazało, kością w gardle staje i tytułu nie da się nawet wymienić, leżała sobie na pulpicie, obok rozgorączkowanej pani Anity Dul. Emocje nie są dobrymi doradcami w czymkolwiek. A już na pewno obnażyły nieudolność i brak profesjonalizmu twórcy nagrania tej wielkiej debaty. Na wizji, nie tylko można było, ale nawet trzeba było pokazać cyferki i wykresy sporządzone przez kierownictwo unii, chociażby po to, aby słowa stały się wiarygodne. Jeśli p. Rafał Nowakowski ma czegoś się nauczyć, to nie może korzystać z podpuszczaczy i klakierów, potrzebni mu są prawdziwi nauczyciele. Do tej pory nie interesowały mnie aż tak bardzo szczegóły związane z unijnymi sprawami, jako że z „produktów” tej instytucji nigdy nie korzystałam poza kontem (i kartą visa na parę set dolarów, jednakowo przez wszystkie lata, od jej otrzymania). Raz tylko, dawno temu, próbowałam wystąpić o pożyczkę na dopłatę do samochodu, ale zostałam poinformowana, że się nie kwalifikuję, więc zwróciłam się do banku, w którym pożyczkę otrzymałam. Zresztą nigdy nie ubiegałam się o żadne ulgi, pomoce czy przywileje od jakiejkolwiek polonijnej organizacji, a więc stojąc z boku i przyglądając się wydarzeniom na przestrzeni lat, obiektywnie dostrzegam nieustannie trwającą walkę o dożywotnie miejsca we władzach polonijnych instytucji czy stowarzyszeń, obojętnie jakby je zwał… Czy ten, który wczoraj zapisał się do unii, kongresu, klubu sportowego, harcerstwa, parafii – nie jest członkiem tej organizacji? Nie wolno mu wykazać się energią, pomysłowością, chęcią działania na jej rzecz? Często, ludzie widząc pozytywną i wartościową jednostkę wręcz agitują do przystąpienia w szeregi organizacji, z którą się utożsamiają. A co to znaczy, że ktoś nie należy do Polonii? Jakie kryteria o tym decydują? Chyba coś się pomieszało redaktorowi i w dodatku straszy fuzją medialną (radio „Polskie Rozmaitości”, „telewizjadetroit” i „Czas Polski”). Jurku, czy chcesz czy nie, fora dyskusyjne będą się rozwijać i będą służyć do wymiany informacji i poglądów między osobami o podobnych zainteresowaniach. Również dziennikarstwo obywatelskie (ang. civic journalism, citizen journalism, franc. journalisme citoyen) uprawiane przez amatorów w interesie społecznym będzie się rozwijało w Internecie, i umacniało. Nie potrzeba wysyłać do redakcji faksem komunikatów, które i tak pójdą do kosza, nie potrzeba wydzwaniać do znajomego dziennikarza z prośbą, by coś napisał. Obejdzie się też bez budżetu na promocję działalności. Amerykanin Dan Gillmor, jeden z prekursorów dziennikarstwa obywatelskiego, sformułował w książce „We The Media” (My Medium) tezę, która stanowi dziś podstawy dziennikarstwa obywatelskiego. Uważa, że „ewolucja prasy w XX w., sprawiła, że wielkie media zaczęły zachowywać się jak drapieżcy”. W przypadku lokalnych, polonijnych można powiedzieć, że system dotacji ze strony instytucji czy organizacji, wykształcił u niektórych poczucie bezpieczeństwa finansowego, co przerodziło się w samozadowolenie i arogancję.

„Zawód dziennikarza zmienia się. Kiedyś dziennikarze mówili – oto, co ja wiem i co ja myślę. Teraz mówią – oto, czego się dowiedziałem, co o tym myślicie?”

Halina Massalska

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *