Co w trawie…

Jeszcze pewnie pobrzmiewają nam w uszach echa życzeń, jakich naskładaliśmy sobie ostatnio co nie miara. Zaczęło się pewnie gdzieś jeszcze w grudniu, kiedy kupujemy kartki świąteczne. Im dalej je wysyłamy, tym wcześniej trzeba się za nie wziąć. Czy kupić „gotowce” i tylko się podpisać, czy spróbować stworzyć jakieś sensowne życzenia? Jak doskonale wiemy z kartek otrzymywanych, wybory bywają rozmaite. Potem jest Wigilia, po niej świąteczne spotkania z bliskimi i dalszymi bliskimi, dalej Nowy Rok, a jeszcze później na przykład opłatkowe spotkania, czy to parafialne, czy harcerskie, czy wiele, wiele innych. I na każdym z nich znów życzenia…
Czasem nad tymi życzeniami warto się nieco zastanowić, a nuż usłyszymy (czy usłyszeliśmy) coś, czego nie wolno nam przeoczyć? Coraz mniej jest osób, które starają się rzeczywiście powiedzieć coś bardzo ważnego. Nie wszyscy to potrafią, ale też nie każdemu się chce. Pięknie jest jednak zamyślić się nad tym, komu chcemy czegoś życzyć, czego może potrzebować, a potem powiedzieć, że i my dołożymy starań, żeby te życzenia się spełniły. I pięknie takie życzenia usłyszeć.
Kiedy jednak skracamy swoje wypowiedzi do minimum, w tym jednym zdaniu, czy jednym słowie nawet, usłyszeć można serce człowieka. Zwykle bowiem życzy nam tego, o czym sam myśli, czego sam by pragnął. Co zatem przewija się najczęściej? Na to pytanie nie trzeba nawet wypisywać podpowiedzi…
Chciałbym jednak słówko o życzeniach „zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, bo to najważniejsze…” Nie do końca się z nimi zgadzam. Rozumiem intencje, wiem również ze swojego doświadczenia, że kiedy go brakuje, trudno jest skupić się na czymkolwiek. Człowiekowi jest wówczas po prostu źle. Jednak… czy naprawdę najważniejsze?
Nie chcę tu wygłaszać kazania, że są większe wartości niż zdrowie, choć takie istnieją faktycznie. Chcę tylko powiedzieć, że znam ludzi, którzy nie cieszą się dobrym zdrowiem, a są naprawdę szczęśliwi. A nawet – coś zupełnie przeciwnego i przedziwnego – właśnie dzięki brakowi lub utracie zdrowia odkryli coś, co pozostałoby tajemnicą nie zauważoną, zakopaną, obcą.
Wspomnę tylko Anię Mirek z Krakowa, która nigdy nie władała żadną z kończyn, nie chodziła, nie wyrosła, nie ważyła więcej niż dwadzieścia kilka kilogramów. Spotkałem ją kiedy miała niecałe 30 lat i wokół siebie grupę ludzi, gotowych pójść za nią w ogień. Opowiadała, że gdyby nie ten jej krzyż, być może nigdy by nie pomyślała o Panu Bogu i wieczności. I prawdopodobnie nigdy nie opowiadałaby o Nim innym. Swoją energią rozpalała dziesiątki przyjaciół, którzy wnosili ją na plecach na Rysy, zabierali ją (i innych chorych) na niezwykłe wyprawy, czarowała ich swoją opowieścią o tym, że nie wie DLACZEGO to ona otrzymała takie właśnie życie, ale wie PO CO je dostała – żeby opowiadać o tym, co naprawdę jest najważniejsze. I że jest szczęśliwa, najszczęśliwsza!
Może więc nie zdrowia, ale właśnie szczęścia sobie życzmy? A jeszcze lepiej takiego, które się nie skończy tu, na ziemi. Kiedy tylko będzie okazja…
Sławek Murawka SChr

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *